RSS
 

Notki z tagiem ‘kuchnia’

Kolejny zestaw kuchenny, tym razem w wersji mini

18 cze

Zapowiedziałem kiedyś, że pokażę mini zestaw kuchenny. Więc pokazuję ;-) Jest to zestaw który przygotowany został pod kontem wyjazdów na konferencje, seminaria czy inne tego typu imprezy, gdzie zasadniczo jest jedzenie, ale „lepiej nosić niż się prosić” Tak skompletowany pozwala nam na zrobienie sobie podstawowego pożywienia takiego jak zupki chińskie, kaszka kuskus czy kanapki z herbatą.

W skład wchodzą:

  • Scyzoryk Victorinox Picknicker – wg. mnie optymalny jako samodzielny nóż kuchenny. Ma wszystko czego potrzeba bez zbędnych pierdół
  • Duży kubek (ok. 0,5l) stalowy ze skórą zapobiegającą oparzeniom
  • Mały kubek (ok. 0,2l) ze składanym uchem
  • Składany spork (żeby nie wystał ponad krawędź kubka podczas przenoszenia)
  • Grzałka elektryczna
  • Herbata i cukry
  • Ręczniczek kuchenny
 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Plenerowe

 

Szamy ciąg dalszy, SAŁO

10 kwi

Jako, że poprzedni wpis o jerky cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem pozostajemy w tematyce kulinarnej. Dziś opiszę jak robię sało, czyli marynowaną słoninę. Jest to wysoko kaloryczne i bardzo smaczne jedzenie, idealny podkład pod wódkę. Niestety na wyprawy się średnio nadaje, bo trochę waży, ale z drugiej strony jeden słoiczek nie zrobi różnicy ;-)

Sało jest zdecydowanie łatwiej zrobić, niż jerky. Wystarczy zasolić słoninę. Ale oczywiście każdy robi to inaczej, więc ja napiszę jak to wygląda u mnie.  Po pierwsze są dwie drogi: mokra i sucha. Oczywiście wybieramy tą drogę, która nam bardziej pasuje, bo efekty smakowe są bardzo zbliżone (no chyba, że wolimy sało przyprawione, wtedy zdecydowanie lepsza jest droga mokra. Na „sucho” po prostu zasypujemy słoninę (w całości lub pokrojoną) solą kuchenną i odkładamy w chłodne miejsce. Ponieważ słoniny nie da się przesolić (nadmiar soli się nie wchłonie) sypiemy ile mamy. Porcja powinna być gotowa po ok. miesiącu od zasolenia.

Droga mokra jest odrobinę bardziej skomplikowana, ale wg. mnie przynosi lepsze efekty smakowe, bo sadło można dodatkowo przyprawić. W tym przypadku robimy solankę szklanka soli na litr wody i zalewamy nią pokrojone kawałki tłuszczu i trzymamy ok. miesiąca. Po tym czasie „mocną” solankę zastępujemy słabsza (ok. 1/3 szklanki soli na litr wody) i możemy dodać przyprawy. Tradycyjną przyprawą jest czosnek, ale w sumie ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Ja osobiście bardzo lubię sało na ostro, czyli z tabasco czy papryczkami habanero albo jalapenio. Eksperymenty z miodem, curry, zielem angielskim też wychodziły bardzo dobrze.  Jak już przyprawimy szczelnie zamykamy pojemnik i odkładamy na kolejny miesiąc, żeby wszystko ładnie przeszło smakiem. Po tym okresie żarcie jest gotowe ;-)

Trwałość, podobnie jak w przypadku jerky, jest bardzo długa a dzięki temu, że poszczególne porcje są szczelnie zamknięte jedzenie to nie jest tak podatne na warunki przechowywania. Smacznego!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii DIY

 

Wyprawowa uczta – JERKY

02 kwi

Dziś coś z zupełnie innej beczki. Pokażę Wam, jak zrobić wyprawowy przysmak czyli beefjerky. Mniej obeznani mogę zapytać się co to właściwie jest, więc z autorskiego obowiązku dopowiem: beefjerky to wołowina konserwowana przez suszenie. „Danie” to było powszechnie jadane przez rodzimych mieszkańców ameryki, gdyż ten sposób konserwacji żywności był prosty, tani a do tego bardzo smaczny ;-) Oczywiście można kupić komercyjne produkty, ale mimo zapewnień na opakowaniu, że traditional i że orginal w składzie mamy między innymi azotyn sodu a wołowina pochodzi w Urugwaju. Patrząc jeszcze na cenę chyba lepiej zrobić samemu, więc do dzieła!

Potrzebować będziemy wołowinę i ostry nóż, cała reszta jest zbędnym dodatkiem ale ułatwia pracę i pozwala na dostosowanie smaku do własnych upodobań. Osobiście jerky robię z wołowych skrawków gulaszowych, które w makro można kupić za śmieszną kwotę 11zł za kilogram.  Co prawda wymagają troszkę więcej pracy niż czyste mięso, ale ja tam lubię pracę nożem.

Opakowania mięsa otwieramy, mięso wyjmujemy, porządnie myjemy w zimnej wodzi o obkrawamy tak, żeby nie było żadnych przerostów. Jest to o tyle ważne, że wszelakie przerosty zmniejszają trwałość gotowego produktu, ale o tym za chwile. Ja ze ścinek zwykle robię chili, które zawsze wychodzi rewelacyjne i jest niejako nagrodą za pracę przy jerky (oprócz samego jerky oczywiście, ale to zwykle jest gotowe dopiero po 3 dniach). Kiedy mamy już samo mięso układamy jest w jakieś foremne kształty, zwracając uwagę na ułożenie włókien. Tak przygotowane mięso wkładamy do zamrażalnika.

Zamrożenie ma dwa cele, po pierwsze kryształki lodu przebijają błony komórkowe mięsa, dzięki czemu lepiej się suszy a po drugie lekko zmrożone mięso łatwiej kroi się na równe kawałki.  Po zmrożeniu przyszłego jerky na kość wyjmujemy je z zamrażarki i wkładamy na najniższą półkę zamrażarki w celu powolnego rozmrożenia. Mięso nadaje się do krojenia kiedy z wierzchu jest już miękkie ale w środku dalej pozostaje zmrożone.

Kolejnym etapem jest krojenie. Jest to chyba najważniejszy etap, bo od niego zleży efekt końcowy. Jeżeli pokrojone kawałki będą za cienkie to otrzymamy coś w rodzaju chipsów mięsnych, które mimo, że są dobre słabo nadają się jako prowiant na wyprawy. Za grube kawałki ciężko się suszy i je, gdyż są za twarde i za grube. Ja staram się kroić mięso w plastry o grubości 5-10mm, średnio 7-8 i uważam, że to jest optimum, ale polecam samemu poeksperymentować.  Ważnym zagadnieniem jest także układ włókien w mięsie. Osobiście wole mięso krojone wzdłuż włókien, gdyż nie kruszy się po wyschnięciu. Mięso krojone w poprzek szybciej się suszy i łatwiej je złamać.

Mając już pokrojone kawałki możemy je przyprawić. Jako tradycjonalista do przyprawiania używam jedynie soli i/lub kapsaicyny w formie sosów typu flying goose. Jeżeli będziemy się decydować na przyprawianie warto przed suszeniem włożyć przyprawione mięso na parę godzin do lodówki, żeby mogło w pełni przesiąknąć smakiem.

Ostatnim przed konsumpcją etapem jest suszenie. Sposób suszenia zależy od warunków jakimi dysponujemy, tak więc przy słonecznej pogodzie wystarczy jeżeli wystawimy przygotowane mięso na słońce,  przy ognisku powiesimy je wystarczająco wysoko, aby temperatura nie przekroczyła 50-60 stopni. Niestety ja suszę w domu, więc używam piekarnika ustawionego na 50 stopni i termoobieg, z lekko uchyloną klapą. Można oczywiście próbować suszyć w suszarkach do grzybów i innych wynalazkach. Ważne, aby podczas suszenia kontrolować sklejanie się ze sobą mięsa i w razie potrzeby rozdzielać je. Etap przyspieszonego suszenia można zakończyć gdy na powierzchni mięsa stworzy się twarda skorupka a poszczególne kawałki już się nie sklejają ze sobą. W tym momencie  można wrzucić mięso do jakiegoś przewiewnego kosza i suszyć w ciepłym i suchym miejscu do czasu kiedy podczas zginania kawałki łamią się.  Czasowo wygląda to mniej więcej tak, że ok 6 godzin suszymy w piekarniku i ok 2 dni w koszu na słońcu czy koło kaloryfera.

Trwałość gotowego produktu bezpośrednio zależy od warunków przechowywania.  Ja jerky pakuje w papierowe worki lub zgrzewam w folii do żywności. Na co dzień trzymam je w zamrażarce, bo nie zawiera wody dzięki czemu nadaje się od razu do jedzenia. Na wyprawy wrzucam je do sakw i staram się, żeby nie zamokło.  Najstarsze jerky jakie jadłem miało ok roku i smakowało dokładnie tak samo jak 10 miesięcy wcześniej.  Niestety zamoknięte mięso może zapleśnieć i nie nadawać się już do jedzenia..

 

SMACZNEGO!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 

Kuchenne podsumowanie

19 gru

Wszystkie ważniejsze elementy zestawu kuchennego zostały już opisane, więc dla porządku pora na małe podsumowanie.  Zestaw stanowi całość i niejako wymiana pojedynczych jego elementów wymuszałaby wymianę innych. Nie zmienia to faktu, że zestaw w tej formie uważam za idealny na letnie wyprawy rowerowe. Pozawala przygotowywać posiłki w bardzo szybki i wygodny sposób a za razem jego waga nie stanowi dużego obciążenia podczas jazdy na rowerze.  Na uwagę zasługuje fakt całkowitej niezależności od dedykowanych źródeł paliwa (gazowego czy płynnego), możemy rozpalić tym co mamy pod ręką.  Zdjęcie może nie jest najlepsze, ale widać o co chodzi.

Zaczynając od górnego lewego rogu:

  • Menażka harcerska aluminiowa 1 litr
  • Kelly Kettle
  • Nakładka na czajniczek do postawienia naczynia
  • Zapas rozpałki i paliwa w woreczku strunowym Jan Niezbędny (bardzo fajne worki z suwakiem, polecam! )
  • Woreczek Kelly Kettle dzięki któremu KK nie brudzi pozostałych rzeczy w sakwie
  • Kubek Orikaso
  • Spork
  • Zapalniczki (duży zapas się przydaje) Polecam zapalniczki BIC, bo są bardzo niezawodne i nie kosztują za dużo.
  • MORA 748
  • Deska do krojenia wykonana z miękkiego tworzywa (można ją zagiąć w okół czajniczka)
  • Ścierka kuchenna – ważne, aby można było ją wygotować, gdyż ułatwia to utrzymanie minimum higieny w terenie.
  • Rękawice robocze skórzane – bardzo pomocne podczas używania Kelly Kettle
  • Osełka do noży Lansky – bo ja lubię mieć noże ostre na żyletkę. Poza tym przydaje się także do ostrzenia innych przedmiotów.
  • Victorinox Waiter
  • Druciak do czyszczenia naczyń (na zdjęciu brakuje jeszcze gąbki oraz płynu do mycia garów)

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Były sztućce, pora na naczynia..

06 gru

Skoro wiemy już czym kroić i czym jeść to do szczęścia brakuje nam tylko naczyń. O ile wcześniejsze elementy zestawu były dość uniwersalne i nadawały się do różnych konfiguracji sprzętowych o tyle dzisiejszy bohater raczej nie sprawdzi się bez czajniczka. Mówimy o składanym kubku firmy ORIKASO:

Kubek jest bardzo ciekawym rozwiązaniem, gdyż składa się do płaskiego arkusza. W moim przypadku arkusz ten owijam wokół Kelly Kettla dzięki czemu nie tracę niepotrzebnie miejsca w sakwach. Kolejną zaleta kubka jest niska waga oraz możliwość mycia bez wody. Po prostu rozbieramy kubek, syf (np. fusy z kawy) wypadają, a resztę przecieramy szmatką i mamy czysty kubek. A dlaczego napisałem, że kubek nie za bardzo nadaję się do zestawu kuchennego nie posiadającego czajnika? A bo jest zrobiony z tworzywa i nie za bardzo można w nim gotować wodę, czyli traci się jedno naczynie. Miałem pewne wątpliwości związane z wytrzymałością zmęczeniową materiału, ale używam kubek już jakiś czas i nie zanosi się, żeby miało się coś dziać. Ucho jest stabilne i nie parzy w ręce. Dodatkowo mamy jeszcze miarkę, która, o dziwo, jest nawet dokładna.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii DIY

 

Wiemy czym kroić, ale czym jeść?

28 lis

W poprzednich notkach opisałem czym kroić jedzenie na wyjazdach. Teraz przyszła kolej na moją propozycję alternatywy dla sztućców. Dokładniej chodzi mi o klasycznego sporka z firmy Light-my-fire. Spork, jak sama nazwa wskazuje to połączenie łyżki (ang. spoon) i widelca (ang. folk). Istnieje wiele wariacji na temat tego rozwiązania. Niektóry zakładają wycięcia z komorze zupnej umożliwiające nabicie porcji jedzenia. Inne, tak jak w tym przypadku, łączą łyżkę z jednej strony z widelcem z drugiej.

Pokazany spork jest wielkości normalnych sztućców, więc jedzenie nim jest bardzo wygodne. Ząbki nacięte z boku widelca pozwalają fragmentować miękki pokarm bez użycia noża. Ponieważ spork wykonany jest z tworzywa sztucznego jest on bardzo lekki, ale też mało odporny na otwarty ogień (widać przypieczenie jednego z zębów), a przy złym przenoszeniu potrafi się złamać (czego ja nie doświadczyłem, mimo, że noszę ten typ sporka w EDC). Oczywiście dla prawdziwych twardzieli wyszła wersja z tytanu, ale w mojej ocenie to lekki przerost formy nad treścią, choć może być dobrym pomysłem na prezent.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 

Mora jest fajna, ale wymaga uzupełnienia..

14 lis

Dziś kolejny element zestawu kuchennego, tym razem uzupełnienie narzędzi kuchennych. Mowa o scyzoryku Victorinox Waiter. Nie ukrywam, że bardzo cenię ten model ze względu na małe wymiary (84mm), niską masę oraz szeroki wachlarz zastosowań. Niestety ze względu na krótkie ostrze scyzoryk raczej nie nadaje się jako samodzielny nóż kuchenny (w przeciwieństwie do modelu Picknicker, który opiszę przy okazji małego zestawu kuchennego). Scyzoryk łączy w sobie najważniejsze narzędzia w typowej dla Victorinoxa, bardzo przemyślanej formie. Mamy więc korkociąg, pincetę, wykałaczkę. Do tego moje ulubione narzędzie combo łączące w sobie śrubokręt, ściągacz do izolacji oraz otwieracz do kapsli i konserw. Oczywiście jest także ostrze, które podczas wypraw może być przydatne do obierania warzyw, krojenia ostrych papryczek czy innych drobnych prac.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Kolejny kuchenny przyjaciel – MORA 748

08 lis

W końcu udało mi się zrobić zdjęcia, więc najwyższa pora uzupełnić
kuchenne wpisy. Dziś kolej na główny nóż wyjazdowy. W Szwecji używałem  Mory Clipper
w wersji wykonanej ze stali węglowej który bardzo dobrze
sprawdził się przy przygotowywaniu paliwa do czajniczka, ale czegoś w
nim brakowało. Dlatego też postanowiłem wymienić go na większego brata
czyli morę 748:

Nożyk ten jest zdecydowanie dłuższy, co w kuchni jest bardzo przydatne,
choćby po to, żeby nie kroić chleba na okrętkę. Jest też minimalnie
grubszy, dzięki czemu dalej zostaje nam potężny zapas mocy na wypadek
gdybyśmy chcieli walczyć z mrożonkami albo batonować drewniane kłody.
Właściwości tnące takie jak w każdym nożu ze szlifem na zero – bardzo
dobre. Ostrzenie też nie powinno przyprawiać problemów, w końcu przy
takim rozwiązaniu kąt jest narzucony przez geometrie ostrza. Ponieważ w
warunkach wypraw rowerowych nie ma czasu na szczególną pielęgnację
zdecydowałem się na stal nierdzewną, bo jednak jest to przede wszystkim nóż
kuchenny, a rdzawe naloty są mało apetyczne. Uchwyt pokryty jest
teksturowaną gumą, dzięki której nawet mokry nóż bardzo pewnie siedzi w
ręku. Pochewka, typowa dla Mory, to rodzaj tuby z tworzywa sztucznego z
pętelką wykonaną ze zbrojonej gumy – prosto i praktycznie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 

Turystyczny czajniczek, czyli Kelly Kettle

27 wrz

Powoli chce opisać zestaw kuchenny jaki uważam za optymalny na wyprawy rowerowe, a dziś pokaże Wam pierwszy jego element A jest nim Kelly Kettle. W Szwecji miałem okazję sprawdzić jak się to narzędzie sprawdza na dłuższą metę i mogę z czystym sumieniem polecić je na tego typu wyjazdy. Ale od początku… Co to w ogóle jest Kelly Kettle?

Jest to połączenie mini kuchenki na drewno z czajniczkiem. Ogień pali się wewnątrz komina, który jest otoczony płaszczem wodnym. Takie rozwiązanie daje dużą powierzchnię grzewczą i pozwala na bardzo efektywne wykorzystanie energii palącego się materiału. W skład zestawu wchodzi „komin”, czyli górna nakładka gdzie nalewamy wody oraz podstawa w której palimy ogień. Oczywiście na chwilę obecną można dokupić całą masę różnych akcesorium, ale moim zdaniem warto zainwestować jedynie w przystawkę do gotowania dzięki której mamy możliwość normalnego gotowania na palącym się w kominie ogniem.

Użytkowanie jest dziecinnie proste. W dolnej części układamy jakąś podpałkę, kilka patyków (dosłownie kilka, urządzenie jest bardzo
wydajne), nakładamy górę i rozpalamy. Czekamy jak się rozpali, a samo zagotowanie wody trwa 2-5 minut w zależności od warunków. Jeżeli chcemy zagotować więcej wody, lub ugotować coś na przystawce zawsze można wrzucić dodatkowe paliwo przez komin. Jest to o tyle istotne, że optymalny proces grzania występuje wtedy, gdy ogień jest na krawędzi wysokości komina.  Dzięki uchwytowi i   łańcuszkowi nalewanie do kubków jest bardzo wygodne

Tips&Tricks
- Ponieważ brzoza dobrze się pali nawet kiedy jest mokra, podczas złych warunków atmosferycznych polecam poszukać właśnie jej na paliwo. Oczywiście nie chodzi mi o świeże gałązki, tylko te zebrane z ziemi.
- Warto wozić ze sobą 2-3 zapalniczki oraz kilka kostek rozpałki do grilla. Polecam te białe, które palą się w całej objętości, niestety
podpałki kartonowe wypadają przy nich bardzo słabo.
- Oczywistym chyba jest, że do Kellego przyda się nóż i rękawiczki, w końcu to jest mini ognisko.
- Moim zdaniem nie opłaca się kupować większych egzemplarzy – mając rozpalony ogień zagotowanie kolejnych porcji wodny trwa moment, a różnica w kubaturze jest dość duża.
- Pomimo korka nie polecam wozić w nim wody. Niestety po namoczeniu korek robi się kruchy i traci szczelność.
- Przed przystąpieniem do gotowania należy zebrać całe wymagane paliwo. Proces palenia przebiega tak szybko, że można nie zdążyć.
- Gotowanie na drewnianej powierzchni skończy się zostawieniem wypalonego „stempla”, więc nie polecam tego robić na ławkach czy stołach biwakowych.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Plenerowe

 

Moja pierwsza papryczka vol.IV – akcja „docieplanie”

04 maj

W tym roku początek maja nie miło zaskoczył mrozami, więc musiałem zrobić docieplenie moim papryczką, które wystawiłem niedawno na balkon. Jako maniak kupowania przez internet posłużyłem się folią bąbelkową, której zawsze mam w zapasie. Stelaż zrobiony z drucianych wieszaków. Całość wygląda średnio, ale spełnia swoją funkcje. A jak to powiedział kolega: "przynajmniej się nie poobijają" :)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 
 

  • RSS