RSS
 

Notki z tagiem ‘rower’

O centrowaniu słów kilka..

19 wrz

Po bardzo długiej przerwie doktorek wraca do gry.. Będę się starał już regularnie umieszczać nowe wpisy, choć tematyka pewnie się trochę zmieni. Najprawdopodobniej skoncentruje się na moich przemyśleniach dotyczących umiejętności i sprzętu potrzebnego na wszelkiego rodzaju wypadach. Ostatnio dużo o tym myślałem i mam wrażenie, że w końcu znalazłem swoje Grale w większości dziedzin.

Dziś kilka słów o centrowaniu kół rowerowych – bardzo ważna i przydatna umiejętność zarówno w trasie jak i w mieście. Sposobów na centrowanie jest pewnie tylu co mechaników rowerowych, więc ograniczę się tylko do stosowanego przeze mnie.Na początek może kilka słów o teorii a potem opiszę sposoby jak zrobić to porządnie ale zarazem budżetowo.

1. Przed przystąpieniem do centrowania zdejmujemy oponę, dętkę i opaskę z obręczy

2. Jeżeli szprychy są zerwane zastępujemy je nowymi zaplatając zgodnie z wcześniejszą gęstością (np. na 3 krzyże)

3. Zakręcamy kołem i patrzymy kiedy obręcz znajduje się po środku piasty, ten moment przyjmujemy za „zero” – zwykle staram się ustawić zero w miejscu na wentyl, ale nie jest to koniecznością – można zaznaczyć je w innym miejscu

4. Rozpoczynamy korektę szprych. Najwygodniej się to robi patrząc na szprychy „z góry” czyli z wnętrza obręczy – w ten sposób mamy standardowo: w prawo dokręcamy, w lewo odkręcamy. Na początek luzujemy szprychy które napinają obręcz poza „zero” – nie więcej jednak niż o pół obrotu na raz. Zdecydowanie lepiej zrobić 3 obroty koła i za każdym razem zluzować po pół obrotu niż raz zrobić półtora obrotu. Należy pamiętać, że każde poluźnienie szprychy wywołuje większą lub mniejszą reakcje po przeciwległej stronie koła.

5. Kiedy szprychy są już poluzowane (ale lepiej żeby nie były całkiem luźne) należy dokręcać szprychy po stronie napinającej. Podobnie jak wcześniej nie więcej niż pół obrotu na raz, a najlepiej 1/4 obrotu.

6. Jak koło jest już mniej więcej wycentrowane na boki należy sprawdzić eliptyczność i osiowość. Jeżeli jest zbyt wypukło dociągamy sąsiadujące nyple, jeżeli jest zbyt spłaszczone luzujemy – dalej obowiązuje zasada pół obrotu.

7. Po tym zabiegu ostateczne centrowanie na boki – tym razem już 1/4 obrotu i koło powinno być luźne. Koło można położyć na podłodze, oprzeć osią i naciskać w bok na felgę – w ten sposób szprychy się ułożą i zniweluje się ewentualne naprężenia. Oczywiście z nie za mocno i dla obu stron. Po tym zabiegu koło nie powinno się „rozejść” – jeżeli tak się stało albo było źle wycentrowane albo szprychy są złej jakości.

 

CDN!

 

potrzebnym sprzęcie: wersja minimum to klucz do centrowania

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii CustomBikes, DIY

 

Pojedyńcze opakowania kremów, smarów, żeli..

28 maj

Często podczas krótkich wypadów nie ma do czego zabrać małych ilości kremów, smarów czy żeli. Ostatnio miałem okazje wypróbować ciekawy sposób na poradzenie sobie z tym problemem, mianowicie słomki. Proste do zrobienia, tanie i co ważne skuteczne rozwiązanie.

Potrzebne akcesoria:

  • Nożyczki
  • Kombinerki
  • Zapalniczka
  • Słomka
  • Substancja, którą chcemy zapakować

Po prostu ściskamy słomkę kombinerkami i zatapiamy końcówki,  zamykając substancję w środku. Długością i grubością słomki regulujemy ilość substancji. kiedy chcemy skorzystać z zawartości po prostu odcinamy jedno łączenie. Do bólu proste i skuteczne rozwiązanie…

Tips&Tricks:

  • Ciecze zwyczajnie wlewamy do słomki
  • Substancje średnio gęste zasysamy uprzednio zgniatając słomkę
  • W smary stałe czy żele wbijamy słomkę i dopiero potem obustronnie ją zatapiamy

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY, Plenerowe

 

Tool rowerowy

21 maj

Jako, że sezon rowerowy w pełni chce dziś podpowiedzieć zakup bardzo dobrego narzędzia do rowerów właśnie. Mowa o narzędziu Crankbrothers model m19. Tool jest bardzo przemyślany, zawiera podstawowe narzędzia przydatne przy drobnych naprawach. Mamy więc cały przekrój rozmiarów kluczy imbusowych, śrubokręty małe i duże, płaskie i krzyżaki oraz dwa rozmiary torx’ów przydatne do nowocześniejszych konstrukcji. Bardzo ważnym narzędziem jest też skuwacz do łańcuchów. Został on on tyle ciekawie rozwiązany, że pręt praski mocowany jest jak reszta narzędzi, natomiast kowadełko to osobny element, który można odkręcić od reszty i używać niezależnie. Rozwiązanie takie jest o tyle wygodne, że w kowadełku znajdują się klucze do szprych (4 rozmiary) oraz klucze do nakrętek 8 i 10. Narzędzie wykonane jest bardzo precyzyjnie, z dobrej jakości materiałów. Wraz z klasycznym multitoolem stanowi doskonały zamiennik dla sporego zestawu narzędzi. Cena na poziomie ok. 100zł nie odstrasza, zwłaszcza, że dostajemy dożywotnią gwarancję producenta.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Plenerowe

 

retro MTB, czyli kolejny purytaniec

05 mar

Dziś krótka notka, bo chce tylko pokazać kolejny rowerek, który zrobiłem w retro wojskowym stylu:

Zrobiony na bazie włocha z lat 90tych. Cały rower był rozebrany do ostatniej śrubki (łącznie z rozplataniem kół), poczyszczony, pomalowany i złożony jeszcze raz. Wszystkie części eksploatacyjne noszące ślady większego zużycia zostały wymienione na nowe, tak samo zresztą jak smary.

*Hamulce ustawione na żyletkę, dźwignie hamulców metalowe.
*Biegi to klasyczne SIS’y – może nie powalają ergonomią, ale są praktycznie nie do zajechania.
*Sportowe siodło Selle Royal na długiej sztycy (ok. 40cm) pozwalającej na wyprostowanie nóg nawet wysokim osobom.
*Oświetlenie przednie bardzo ładnie świecący halogen. Tylne diodowe (chyba 7 trybów) mocowane na torbie (torba pod kolor nadwozia)
*Odchudzane klasyczne błotniki wyglądają bardzo nietypowo ale są stabilniejsze niż terenowe brewki
*Chwyty żelowe zapewniające dobrą przyczepność nawet mokrych rąk
*Opony KENDA o klasycznej rzeźbie bieżnika pozwalającej na wygodną jazdę po bezdrożach, z przyciętymi kostkami bocznymi dla lepszego trzymania w zakrętach

Nie wykluczone, że rower będzie wzięcia, bo kolega dla którego go robiłem coś się nie odzywa ;-)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii CustomBikes, DIY

 

Polskie sakwy rowerowe

27 lut

Zostając już w temacie rowerów i wypraw opisze dziś moje zdanie na temat sakw rowerowych polskiej firmy Crosso. Na wstępie chciałbym przeprosić za tragiczną jakość zdjęć, ale przy zimowym świetle ciężko jest cykać bez błysku a ten znów odbija się w odblaskach. Mimo wszystko mam nadzieje,  że widać o czym piszę.

Crosso to polska firma istniejąca już dość długi czas. Jenak przełomowym dla niej okresem był rok 2007 kiedy weszły do sprzedaży zmodernizowane modele sakw. Na wyjazd do Szwecji zdecydowałem się na sakwy z serii Expert, czyli ciężką artylerie produkowaną przez firmę. Na ten sezon zestaw uzupełniłem worami wodoszczelnymi Drybag. Moja lepsza połówka zdecydowała się na zestaw sakw Classic i także uzupełniła go warkami drybag.  Oprócz różnicy w pojemności sakw z obu tych serii widać także wyraźną różnice w grubości materiału. Seria Classic jest z wyraźnie cieńszego materiału, ale dalej jest to Cordura z porządną warstwą poliuretanu. Dodając do tego klejone szwy zyskujemy całkowitą ochronę przed przemoczeniem. Kolejną różnicą jest sposób zapinania sakw. Dla Expertów zapięcie realizowane jest przez zawinięcie krawędzi torby (jak w Drybag’ach), Classic’i mają kołnierz ze ściągaczem.

System nośny tych sakw jest do bólu uproszczony: 3 haki na plecach torby – dwa do zawieszenia i jeden na gumce służący do ich skontrowania. Ale to, że system jest prosty nie oznacza, że nie jest skuteczny. Z moich doświadczeń wynika, że jest to rozwiązanie idealne. Łączy ze sobą najważniejsze cechy dobrego montażu: prostotę, łatwość obsługi i trwałość. Nie ma tu zbędnych elementów które mogą się zepsuć, a nawet jakby to co jest się zepsuło to za niewielkie pieniądze można kupić zestawy naprawcze u producenta, za co należy się wielki plus.

Zresztą pochwala dla wytwórcy należy się także za sprzedawanie gotowych rozwiązań a nie tylko poszczególnych elementów. Można więc kupić adaptety dla tych sakw do różnych rodzai bagażników, dodatkowe taśmy montażowe, a nawet same bagażniki (choć ja do stopów alu zaufania nie mam). Jako „wiśniówkę” na torcie można dodać możliwość kupienia łatek i zestawów naprawczych pozwalających na reanimację nawet mocno zmęczonych życiem sakw.

Trochę o samej ergonomii: Sakwy z założenia mają małą ilość kieszeni, ale czyni je to bardzo praktycznymi. Duża, przepastna kieszeń główna, gdzie zmieści się wszystko co na wyprawie jest potrzebne. Małe, wodoszczelne kieszenie boczne z możliwością szybkiego odpięcia i przypięcia (bardzo ciekawe rozwiązanie działające na zasadzie szlufki i pasów podtrzymujących). Klapa dająca dodatkową przestrzeń na sakwie oraz z zapinaną na zamek błyskawiczny kieszonką. Tutaj warto zwrócić uwagę na fakt, że jest to jedyne miejsce, gdzie zastosowane są zamki błyskawiczne, co jest kolejną zaleta patrząc na ich awaryjność i trudności w ewentualnej naprawie. Jakby jeszcze nam mało miejsca było to zawsze można troczyć dodatki na paskach znajdujących się po zewnętrznej stronie sakw i klap;-)

Do trwałości nie można mieć żadnych zastrzeżeń – na zdjęciach widać sakwy po 1600km pełnego obciążenia (ok. 20kg na każdą) używane bez szczególnego dbania o nie. Praktycznie brak śladów zużycia, jedynie delikatne estetykę psujące rysy na stronie montażowej.

Reasumując: Sakwy tej firmy to klasa sama w sobie i po ich zakupie nikt nie będzie zawiedziony. Dodając do tego stosunkowo niską cenę otrzymujemy mieszankę doskonałą. Polecam te sakwy każdemu zarówno tym którzy dopiero zaczynają przygodę z turystyką rowerową jak i starym wyjadaczom. Trochę szkoda, że firma nie opracowała jeszcze sakwy na kierownicę, bo to jednak bardzo wygodna sprawa, ale lepiej żeby robili porządnie to co robią, niż eksperymentowali. Na zakończenie dodam, że jest to moja osobista opinia i nie jestem sponsorowany przez tą (ani żadną inną) firmę, ba, nawet raz  zapomnieli mi w przesyłce zapakować części zamówienia i musiałem czekać na kolejną paczkę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 

Szwecja oczami dzikiergo rowerzysty vol.2

20 lut

Dziś kolejna dawka wspomnień ze Szwecji. Po opublikowaniu ostatniej notki czułem wielki niedosyt jeżeli chodzi o jej treść, znając życie w tej notce też nie opiszę wszystkiego, więc pewnie powstanie jeszcze jedna notka na ten temat.
Na początek trochę ogólników charakterystycznych dla Szwedów. Po pierwsze nie zauważyłem wielkiej gościnności o której wszędzie się mówi. Owszem, Szwedzi są pomocni, ale rzadko kiedy z własnej inicjatywy. Może z dwa razy się zdarzyło, że ktoś podszedł do nas i zagadał co właściwie robimy i raz facet pytał się, czy może nam jakoś pomóc (jak pękły szprychy w rowerze i szliśmy wzdłuż drogi). Oczywiście, kiedy się podeszło i poprosiło o pomoc w konkretnej sprawie to nie było problemu. Muszę nadmienić, że Szwedom bardzo łatwo jest narzucić swoje zdanie i to jak mają się zachować. Jeżeli na przykład wchodzimy do sklepu rowerowego i mówimy, że chcemy sami zmienić szprychy i wycentrować koło, po czym pchamy się na warsztat to nikt nam nie robi pretensji z tego powodu. Oczywiście musimy znać się na robocie i zostawić po sobie porządek. A propos warsztatów – nie wiem o co chodzi, ale oni są jakimiś wielkimi fanami IIWW, w 3 warsztatach leciały w radio audycje dotyczące historii tego okresu.

W tym skandynawskim kraju nie znane jest pojęcie autostopu. W pewnym momencie, z powodu kontuzji, istniało zagrożenie, że nie uda nam się dotrzeć do punktu docelowego. Próbowaliśmy złapać stopa na parkingach dla tirów, ale nic z tego. Pomijając fakt, że kierowcy ciężarówek to totalne multikulti nikt nie wiedział o co nam chodzi. Dopiero pod koniec wyjazdu mieliśmy okazję porozmawiać z Polakami mieszkającymi tam na stałe i potwierdzili że nikt w ten sposób nie podróżuje. Jazda przez Szwecję należy do bardzo przyjemnych – proste drogi o równych poboczach, przez lasy, urokliwe miasteczka i wsie. Ale trzeba się wystrzegać ważniejszych dróg (które na mapie nie koniecznie są zaznaczone wystarczająco czytelnie), gdzie na przykład mnie jakiś chu.. praktycznie zepchnął swoim TIR’em na kamienisty nasyp drogi, a nie wiele brakowało, żeby wciągnęło mnie pod tylne koła.  Szwedzi często określając dystans posługują się pojęciem mili. Należy jedynie mieć na uwadze fakt, że ichsza mila ma 10km, czego na początku nie wiedziałem przez co były małe problemy z planowaniem dnia.

Apteki w Szwecji są nieźle wyposażone, choć bez recepty dostępne są tylko podstawowe leki i materiały opatrunkowe. Pomijając już temat, że jest drogo, to i tak lepiej dobrze zapakowaną apteczkę brać z kraju. Skład apteczki postaram się podać w kolejnych notach.

Skandynawia jest bezpieczna. Bardziej bałem się dzikich zwierząt niż kradzieży roweru. A każdy kto miał przyjemność sypiać na dziko wie, że zwierząt nie można traktować jako realnego zagrożenia. Oczywiście mówię o terenach słabo zurbanizowanych, bliżej wielkich miast nie jest już aż tak bardzo wesoło, głównie z powodu ludności napływowej.  W każdym razie my trzymaliśmy na noc rowery oparte o drzewa i przykryte plandeką budowlaną. Oczywiście były spięte linką, ale to raczej miało zapobiegać ich przewracaniu

Bardzo dobrze przygotowane są informacje turystyczne. Można w nich za darmo wziąć ogólne mapy okolicy, które jednak w pełni wystarczają do dokładnego nawigowania na rowerze. Dokładne mapy (tzw. grzybiarki) kosztują ok. 100SEK i mogą być przydatne, kiedy ktoś chce dłużej zostać w jednym miejscu. Warto dodać, że mimo, iż na cenówkach funkcjonują ichsze odpowiedniki grosza to w praktyce zaokrąglane są one do pełnych koron.

Na zakończenie trochę o segregacji odpadów. Butelki PET i puszki są przyjmowane w automatach.. Wkładamy butelkę, skaner ją czyta, sprawdza czy pasuje, zgniata i wypluwa kupon na określoną kwotę. Jest to bardzo dobry sposób na podreperowanie budżetu, zwłaszcza, że jadąc na rowerze zebranie leżących przy drodze butli nie jest zbyt dużym problemem. My w ciągu ostatniego dnia zebraliśmy wystarczająco, żeby na podróż móc kupić sobie kilka czekolad i innych słodyczy. O ile dobrze pamiętam duża butla i puszki 2 SEK, mała 1 SEK.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Szwecja oczami dzikiego rowerzysty vol.1

13 lut

Dziś w końcu poopowiadam jak to w Szwecji było. Oczywiście nie będę o tym pisał jak w pamiętniku, raczej w formie porad dla wybierających się tam na podobnych zasadach jak ja. Ponieważ podczas podróży prowadziłem bardzo dokładny dziennik podróży, z łatwością mógłbym precyzyjnie opisać co i kiedy było. Tyle, że takie pisanie trochę bez sensu, więc skoncentruje się na najważniejszych aspektach wyjazdu.  W późniejszych notkach będę uzupełniał opis sprzętu, który wziąłem lub będę chciał zabrać na kolejne wyjazdy, oraz dzielił się moimi przemyśleniami na ten temat.

Sensownie będzie, jeżeli zacznę od tematu przedostania się do Szwecji. Pominę temat jazdy pociągiem przez Polskę, bo to czysta loteria na co się trafi i nie ma żadnych zasad. Zdecydowaliśmy się na prom Gdynia-Karlskrona firmy Stenaline. Ponieważ pociąg przyjechał o 5.07 a kasy były czynne od 6.30 spokojnie udało nam się zjeść śniadanie i ogarnąć się po podróży. Wymieniliśmy tam też walutę, za 1000zł dostaliśmy 2120 SK co było średnio korzystnym kursem, ale bez szczególnego zaciskania pasa starczyło nam na cały wyjazd. Rowery na promie traktowane są jak samochody, czyli wjeżdżamy wspólnie z autami. Co ciekawe na promie nie ma przewidzianych żadnych miejsc dedykowanych na rowery – po prostu przypina się gdzie jest kawałek miejsca na promowym przedziale samochodowym, co zresztą widać na zdjęciu. Podczas planowania podróży należy zwrócić uwagę na dość znaczne różnicę w cenie promu. Droższe są promy nocne i weekendowe. Taniej jest w środku tygodnia w rejsie dziennym. Sama podróż promem trochę się ciągnęła, ale dało się znaleźć miejsce na drzemkę, można było obejrzeć film przygotowany przez przewoźnika, skorzystać z komputerów podłączonych do internetu czy też pograć na xboxie. Nie ma co napalać się na sklep bezcłowy, w którym ceny są tak jak u nas, a na alkoholu nawet wyższe. Warto jeszcze zaznaczyć, że podczas płynięcia nie ma dostępu do pokładów samochodowych, więc lepiej zapakować potrzebne rzeczy do osobnej torby.

Kolejnym ważnym aspektem są noclegi. Z założenia spaliśmy na dziko. A jako,  że cały wyjazd nie był jakoś szczegółowo planowany spaliśmy gdzie popadnie.  Czasami noclegi nie były w zbyt dobrych warunkach (tuż przy drodze w krzakach, na skraju pola z żytem) ale większość miejscówek była bardzo urokliwa. Szwedzi mają przygotowane rożnego typu zaplecza rekreacyjne przy jeziorach. Jakie ławki, grill, czasami jakieś budki. Są to niby tereny prywatne, ale nigdy nikt nam nie zwrócił uwagi, gdy tam spaliśmy, a wręcz przeciwnie – po krótkiej rozmowie ludzie pytali się, czy np. nie potrzebujemy świeżej wody. Podejrzewa, że gdybyśmy pytali po drodze, to wszystkie noclegi udałoby nam się spędzić w tak urokliwych miejscach. Ogólnie Szewdów w ogóle nie dziwił rozbity gdzie popadnie namiot i nie robili z tego powodu żadnych problemów.

Jedzenie w Szwecji można kupić głównie w marketach, nie spotkałem żadnego małe sklepiku spożywczego. Ceny są średnio dwa raz większe niż w Polsce, lecz jedzenie jest naprawdę dobrej jakości. Oczywiście oferta jest inna niż w Polsce. Jest trochę potraw typowo ichszych, takich jak np. parówki grilowe, fishball’e czy pieczywo wyglądające jak placki. Charakterystyczna cechą ich jedzenia jest fakt, że jest na słodko. Chleb na słodko, śledzie na słodko, mleko na słodko. Ciekawe doświadczenie kulinarne ;)

Ostatnim aspektem jaki chce dziś opisać jest wydawanie pieniędzy. Rzeczą na którą warto wydać pieniądze są wejściówki do muzeów. Naprawdę muzea są tam na bardzo wysokim poziomie i warto wydać te kilkadziesiąt koron na oglądanie tych nietypowych i dobrze przygotowanych eksponatów. Na pewno wpływ na to ma fakt, że Szwecja nie ucierpiała podczas WWII. Bardzo dobrze zaopatrzone są sklepy techniczne. Można w nich kupić rzeczy, których ciężko szukać w kraju. Wysoka jakość za rozsądne pieniądze. Ostatnim miejsce, gdzie najchętniej wydałbym wszystkie posiadanie pieniądze po czym wynajął ciężarówkę do powrotu do kraju są Loppis, czyli pchle targi. Za śmieszne pieniądze można zaopatrzyć się we wszystko co zbywało dotychczasowym właścicielom. Raj dla szperaczy!

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Kuchenne podsumowanie

19 gru

Wszystkie ważniejsze elementy zestawu kuchennego zostały już opisane, więc dla porządku pora na małe podsumowanie.  Zestaw stanowi całość i niejako wymiana pojedynczych jego elementów wymuszałaby wymianę innych. Nie zmienia to faktu, że zestaw w tej formie uważam za idealny na letnie wyprawy rowerowe. Pozawala przygotowywać posiłki w bardzo szybki i wygodny sposób a za razem jego waga nie stanowi dużego obciążenia podczas jazdy na rowerze.  Na uwagę zasługuje fakt całkowitej niezależności od dedykowanych źródeł paliwa (gazowego czy płynnego), możemy rozpalić tym co mamy pod ręką.  Zdjęcie może nie jest najlepsze, ale widać o co chodzi.

Zaczynając od górnego lewego rogu:

  • Menażka harcerska aluminiowa 1 litr
  • Kelly Kettle
  • Nakładka na czajniczek do postawienia naczynia
  • Zapas rozpałki i paliwa w woreczku strunowym Jan Niezbędny (bardzo fajne worki z suwakiem, polecam! )
  • Woreczek Kelly Kettle dzięki któremu KK nie brudzi pozostałych rzeczy w sakwie
  • Kubek Orikaso
  • Spork
  • Zapalniczki (duży zapas się przydaje) Polecam zapalniczki BIC, bo są bardzo niezawodne i nie kosztują za dużo.
  • MORA 748
  • Deska do krojenia wykonana z miękkiego tworzywa (można ją zagiąć w okół czajniczka)
  • Ścierka kuchenna – ważne, aby można było ją wygotować, gdyż ułatwia to utrzymanie minimum higieny w terenie.
  • Rękawice robocze skórzane – bardzo pomocne podczas używania Kelly Kettle
  • Osełka do noży Lansky – bo ja lubię mieć noże ostre na żyletkę. Poza tym przydaje się także do ostrzenia innych przedmiotów.
  • Victorinox Waiter
  • Druciak do czyszczenia naczyń (na zdjęciu brakuje jeszcze gąbki oraz płynu do mycia garów)

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Dla odmiany custrombike

13 gru

Większość gratów kuchennych już opisana, więc przed podsumowaniem chwila oddechu w postaci kolejnego rowerka. Zrobiony już  dość dawno, ale jakoś nie było okazji do cyknięcia fot, ale w końcu się udało:

Rowerek robiony dla kolegi, wielkiego miłośnika holendrów i militariów. To co powstało to wypadkowa tych dwóch pasji. Ale może po kolei:
-Kierownica od DenHaag’a z lat 50tych, lutowana do mostka, bardzo wygodna i szykowna.
-Dość duża rama z górala, dzięki grubej dolnej rurze wygląda bardzo „bojowo”
-Widelec z dameczki MARS również z lat 50tych – elegancko tłumi drgania mimo, że ma dodatkowe usztywnienie w postaci bagażnika
-Bagażniki swissarmy – klasa sama w sobie, nie wyobrażam sobie co trzeba by wieść, żeby je zepsuć.
-Siodło ze składaka – wbrew odczuciom wizualnym jest bardzo wygodne i do tego odporne na warunki atmosferyczne
-Hamulce – z przodu bęben z tyłu cantilevel + kontra. Tak, są 3 hamulce z czego dwa są nie zależne od warunków pogodowych, jeden nie wymaga używania rąk (w mieście bardzo wygodne)
-Oświetlenie na dynamo* – patrząc na żywotność baterii w zimie to raczej nie ma innej opcji. Lampa przednia bardzo wysoko, żeby bagaż jej nie zasłaniał, tylna włożona w osłonę (bo się co chwile urywała)
-Piasta 3 biegowa – tak na prawdę nic więcej nie potrzeba, jedynie kwestia przyzwyczajenia, a zaleta taka, że są to konstrukcje niezniszczalne ;)

Całość pomalowana taktyczną olivką w odcieniu „Offtime”

Podsumowując: Fajny rowerek dla każdego. Nie jest to ani mistrz terenu ani mistrz miasta, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się na nim jeździć i jest miły dla oka. Dzięki bagażnikom ma bardzo duże możliwości przewozowe, jak na tak kompaktowe wymiary całości.

*bardzo polecam dynama Union – w cenie 15zł za sztukę mamy prądnicę z naprawdę wysokiej półki. Daje radę już od niskich obrotów a przy wysokich nie ma tendencji do hałasowania. Ogólnie lepiej kupić jedno takie niż męczyć się z chińszczyzną, o.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY, Plenerowe

 

Z PW wycięgte, parę słów o rowerach

15 lis

Jeden z kolegów na forum zapytał mnie jak rower mu polecam, ponieważ bardzo poważnie podchodzi do tematu chciałem wytłumaczyć mu jak wygląda moje podjeście. Poniżej zamieszczam jaką wiadomośc do niego wysłałem, gdyż można ona pomóc innym niezdecydowanym

Hej,
Widzę, że bardzo poważnie podchodzisz do tematu, więc wyjaśnię Ci jakie jest moje podejście.


Po pierwsze w mieście  rower uważam za narzędzie. A jak to z narzędziami nie muszą być piękne tylko działać. Dlatego też polecam stare holenderki – czasami coś zaskrzypi, czasami coś puknie ale i tak dalej jedzie niezależnie od warunków. Dojeżdżam  na rowerze codziennie do pracy, więc bardzo ważna jest dla mnie jego niezawodność, odporność na uszkodzenia i trwałość. Rozwiązania zastosowane w rowerze, który Ci podesłałem łączą te cechy:

Hamulce bębnowe – hamują słabiej od V-braków, czy nawet cantilever’ów, ale są totalnie nieczułe na warunki atmosferyczne, błoto czy uszkodzenia mechaniczne. Nawet na mocno zwichrowanym kole można dalej jechać, a przypadkowe uderzenie o jakąś przeszkodę nie robi na nich wrażenia (pod tym względem są lepsze nawet od tarczowych). Kolejną zaleta jest prostota konstrukcji pozwalająca na naprawę hamulca "na kolanie" za pomocą szczypców i dwóch kluczy, co daje zdecydowaną przewagę nad hydraulicznymi tarczówkami. Ostatnią bardzo ważną zaletą jest długowieczność – dobrze wyregulowane bębny będą działały baaardzo długo, głównie ze względu na dużą powierzchnię tarcia. Dlatego uważam je, zaraz obok tzw. kontry, za idealne rozwiązanie do miasta.

Piasty wielobiegowe – kolejny patent stosowany głównie w rowerach miejskich. Posiadają podobne zalety jak hamulce tarczowe – czyli są odporne na warunki atmosferyczne (możliwość zastosowania pełnej osłony łańcucha), tanie w eksploatacji (korba, tryb i łańcuch na jeden bieg są zdecydowanie tańsze niż do klasycznych przerzutek), odporne na uderzenia mechaniczne. W nieuszkodzonej przez głupotę użytkownika piaście nie ma się co zepsuć, a zęby przekładni wytrzymają znacznie dłużej niż żywotność reszty elementów. Zresztą udało mi się uruchomi kilka piast z lat 50 i użytkownicy są zadowoleni. Kolejną zaletą jest kultura pracy, która w mieście jest bardzo ważna. A poza wszystkim można zmieniać biegi na postoju, co jest szalenie wygodne. Jeżeli chodzi o serwis tych piast – mało osób się tego podejmuje, bo tu nie widać mechaniki podczas pracy (jak to ma miejsce w klasycznej przerzutce), a niewielu umie to sobie wyobrazić i przewidzieć przyczynę uszkodzenia. Mi się to udaje :)


To są dwa najważniejsze rozwiązania mechaniczne które bezpośrednio wpływają na jazdę. Jest też cała masa mniejszych i większych udogodnień wymienię tylko najważniejsze:
Osłona na łańcuch – łańcuch nie ubrudzi ubrań, zapobiega przyklejaniu się brudu do łańcucha
Dynamo – można jeździć przy niskich temperaturach, nikt tych lampek nie kradnie, więc mogą być na stałe przy rowerze
Wyprostowana pozycja – widać wszystko do dokoła i jest cholernie wygodnie


Jeżeli natomiast mówimy o rowerze wyprawowym, który musiałby sprostać dużemu obciążeniu na dużym dystansie zostają klasyczne rozwiązania wysokiej jakości, na które niestety trzeba już trochę wydać (choć jak pokazuje doświadczenie można tez jechać budżetowo, jedynie mieć większy budżet na ewentualne naprawy). Wchodzimy w części klasy Deore LX czyli bardzo dobrze wykonane klasyczne elementy bez udziwnień. Muszą być trwałe i dać się naprawić w trasie, czyli jakieś V-breaki, prosta przerzutka, piasty na konusach (choć sam ostatnio zdecydowałem się na piastę z łożyskami maszynowymi). Tutaj rynek jest bardziej "żywy" i można pomaszkiecić  :)


Reasumując: jeżeli rzeczywiście chcesz rower do miasta i na rekreacyjne przejażdżki to bierze holenderkę. Za 300-350 zł będziesz miał bardzo fajne koło, wymagające jedynie drobnych regulacji raz w roku (dociągnięcie luzów, smarowanie). W tej cenie nie będzie Ci też szkoda jakby coś się rowerkowi stało, więc będziesz go częściej używał. I ryzyko kradzieży też mniejsze. Z doświadczenia wiem, że rower wyprawowy nie sprawdza się w codziennym użytkowaniu, szkoda tych podzespołów do jazdy po mieście, mają za duży "zapas mocy" i zużywają się nie potrzebnie.

Mam nadzieję, że coś Ci to wyjaśniło :)
Zdrówka
Tomek

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 
 

  • RSS