RSS
 

Notki z tagiem ‘tutorial’

O centrowaniu słów kilka..

19 wrz

Po bardzo długiej przerwie doktorek wraca do gry.. Będę się starał już regularnie umieszczać nowe wpisy, choć tematyka pewnie się trochę zmieni. Najprawdopodobniej skoncentruje się na moich przemyśleniach dotyczących umiejętności i sprzętu potrzebnego na wszelkiego rodzaju wypadach. Ostatnio dużo o tym myślałem i mam wrażenie, że w końcu znalazłem swoje Grale w większości dziedzin.

Dziś kilka słów o centrowaniu kół rowerowych – bardzo ważna i przydatna umiejętność zarówno w trasie jak i w mieście. Sposobów na centrowanie jest pewnie tylu co mechaników rowerowych, więc ograniczę się tylko do stosowanego przeze mnie.Na początek może kilka słów o teorii a potem opiszę sposoby jak zrobić to porządnie ale zarazem budżetowo.

1. Przed przystąpieniem do centrowania zdejmujemy oponę, dętkę i opaskę z obręczy

2. Jeżeli szprychy są zerwane zastępujemy je nowymi zaplatając zgodnie z wcześniejszą gęstością (np. na 3 krzyże)

3. Zakręcamy kołem i patrzymy kiedy obręcz znajduje się po środku piasty, ten moment przyjmujemy za „zero” – zwykle staram się ustawić zero w miejscu na wentyl, ale nie jest to koniecznością – można zaznaczyć je w innym miejscu

4. Rozpoczynamy korektę szprych. Najwygodniej się to robi patrząc na szprychy „z góry” czyli z wnętrza obręczy – w ten sposób mamy standardowo: w prawo dokręcamy, w lewo odkręcamy. Na początek luzujemy szprychy które napinają obręcz poza „zero” – nie więcej jednak niż o pół obrotu na raz. Zdecydowanie lepiej zrobić 3 obroty koła i za każdym razem zluzować po pół obrotu niż raz zrobić półtora obrotu. Należy pamiętać, że każde poluźnienie szprychy wywołuje większą lub mniejszą reakcje po przeciwległej stronie koła.

5. Kiedy szprychy są już poluzowane (ale lepiej żeby nie były całkiem luźne) należy dokręcać szprychy po stronie napinającej. Podobnie jak wcześniej nie więcej niż pół obrotu na raz, a najlepiej 1/4 obrotu.

6. Jak koło jest już mniej więcej wycentrowane na boki należy sprawdzić eliptyczność i osiowość. Jeżeli jest zbyt wypukło dociągamy sąsiadujące nyple, jeżeli jest zbyt spłaszczone luzujemy – dalej obowiązuje zasada pół obrotu.

7. Po tym zabiegu ostateczne centrowanie na boki – tym razem już 1/4 obrotu i koło powinno być luźne. Koło można położyć na podłodze, oprzeć osią i naciskać w bok na felgę – w ten sposób szprychy się ułożą i zniweluje się ewentualne naprężenia. Oczywiście z nie za mocno i dla obu stron. Po tym zabiegu koło nie powinno się „rozejść” – jeżeli tak się stało albo było źle wycentrowane albo szprychy są złej jakości.

 

CDN!

 

potrzebnym sprzęcie: wersja minimum to klucz do centrowania

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii CustomBikes, DIY

 

Pojedyńcze opakowania kremów, smarów, żeli..

28 maj

Często podczas krótkich wypadów nie ma do czego zabrać małych ilości kremów, smarów czy żeli. Ostatnio miałem okazje wypróbować ciekawy sposób na poradzenie sobie z tym problemem, mianowicie słomki. Proste do zrobienia, tanie i co ważne skuteczne rozwiązanie.

Potrzebne akcesoria:

  • Nożyczki
  • Kombinerki
  • Zapalniczka
  • Słomka
  • Substancja, którą chcemy zapakować

Po prostu ściskamy słomkę kombinerkami i zatapiamy końcówki,  zamykając substancję w środku. Długością i grubością słomki regulujemy ilość substancji. kiedy chcemy skorzystać z zawartości po prostu odcinamy jedno łączenie. Do bólu proste i skuteczne rozwiązanie…

Tips&Tricks:

  • Ciecze zwyczajnie wlewamy do słomki
  • Substancje średnio gęste zasysamy uprzednio zgniatając słomkę
  • W smary stałe czy żele wbijamy słomkę i dopiero potem obustronnie ją zatapiamy

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY, Plenerowe

 

Szamy ciąg dalszy, SAŁO

10 kwi

Jako, że poprzedni wpis o jerky cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem pozostajemy w tematyce kulinarnej. Dziś opiszę jak robię sało, czyli marynowaną słoninę. Jest to wysoko kaloryczne i bardzo smaczne jedzenie, idealny podkład pod wódkę. Niestety na wyprawy się średnio nadaje, bo trochę waży, ale z drugiej strony jeden słoiczek nie zrobi różnicy ;-)

Sało jest zdecydowanie łatwiej zrobić, niż jerky. Wystarczy zasolić słoninę. Ale oczywiście każdy robi to inaczej, więc ja napiszę jak to wygląda u mnie.  Po pierwsze są dwie drogi: mokra i sucha. Oczywiście wybieramy tą drogę, która nam bardziej pasuje, bo efekty smakowe są bardzo zbliżone (no chyba, że wolimy sało przyprawione, wtedy zdecydowanie lepsza jest droga mokra. Na „sucho” po prostu zasypujemy słoninę (w całości lub pokrojoną) solą kuchenną i odkładamy w chłodne miejsce. Ponieważ słoniny nie da się przesolić (nadmiar soli się nie wchłonie) sypiemy ile mamy. Porcja powinna być gotowa po ok. miesiącu od zasolenia.

Droga mokra jest odrobinę bardziej skomplikowana, ale wg. mnie przynosi lepsze efekty smakowe, bo sadło można dodatkowo przyprawić. W tym przypadku robimy solankę szklanka soli na litr wody i zalewamy nią pokrojone kawałki tłuszczu i trzymamy ok. miesiąca. Po tym czasie „mocną” solankę zastępujemy słabsza (ok. 1/3 szklanki soli na litr wody) i możemy dodać przyprawy. Tradycyjną przyprawą jest czosnek, ale w sumie ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Ja osobiście bardzo lubię sało na ostro, czyli z tabasco czy papryczkami habanero albo jalapenio. Eksperymenty z miodem, curry, zielem angielskim też wychodziły bardzo dobrze.  Jak już przyprawimy szczelnie zamykamy pojemnik i odkładamy na kolejny miesiąc, żeby wszystko ładnie przeszło smakiem. Po tym okresie żarcie jest gotowe ;-)

Trwałość, podobnie jak w przypadku jerky, jest bardzo długa a dzięki temu, że poszczególne porcje są szczelnie zamknięte jedzenie to nie jest tak podatne na warunki przechowywania. Smacznego!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii DIY

 

Wyprawowa uczta – JERKY

02 kwi

Dziś coś z zupełnie innej beczki. Pokażę Wam, jak zrobić wyprawowy przysmak czyli beefjerky. Mniej obeznani mogę zapytać się co to właściwie jest, więc z autorskiego obowiązku dopowiem: beefjerky to wołowina konserwowana przez suszenie. „Danie” to było powszechnie jadane przez rodzimych mieszkańców ameryki, gdyż ten sposób konserwacji żywności był prosty, tani a do tego bardzo smaczny ;-) Oczywiście można kupić komercyjne produkty, ale mimo zapewnień na opakowaniu, że traditional i że orginal w składzie mamy między innymi azotyn sodu a wołowina pochodzi w Urugwaju. Patrząc jeszcze na cenę chyba lepiej zrobić samemu, więc do dzieła!

Potrzebować będziemy wołowinę i ostry nóż, cała reszta jest zbędnym dodatkiem ale ułatwia pracę i pozwala na dostosowanie smaku do własnych upodobań. Osobiście jerky robię z wołowych skrawków gulaszowych, które w makro można kupić za śmieszną kwotę 11zł za kilogram.  Co prawda wymagają troszkę więcej pracy niż czyste mięso, ale ja tam lubię pracę nożem.

Opakowania mięsa otwieramy, mięso wyjmujemy, porządnie myjemy w zimnej wodzi o obkrawamy tak, żeby nie było żadnych przerostów. Jest to o tyle ważne, że wszelakie przerosty zmniejszają trwałość gotowego produktu, ale o tym za chwile. Ja ze ścinek zwykle robię chili, które zawsze wychodzi rewelacyjne i jest niejako nagrodą za pracę przy jerky (oprócz samego jerky oczywiście, ale to zwykle jest gotowe dopiero po 3 dniach). Kiedy mamy już samo mięso układamy jest w jakieś foremne kształty, zwracając uwagę na ułożenie włókien. Tak przygotowane mięso wkładamy do zamrażalnika.

Zamrożenie ma dwa cele, po pierwsze kryształki lodu przebijają błony komórkowe mięsa, dzięki czemu lepiej się suszy a po drugie lekko zmrożone mięso łatwiej kroi się na równe kawałki.  Po zmrożeniu przyszłego jerky na kość wyjmujemy je z zamrażarki i wkładamy na najniższą półkę zamrażarki w celu powolnego rozmrożenia. Mięso nadaje się do krojenia kiedy z wierzchu jest już miękkie ale w środku dalej pozostaje zmrożone.

Kolejnym etapem jest krojenie. Jest to chyba najważniejszy etap, bo od niego zleży efekt końcowy. Jeżeli pokrojone kawałki będą za cienkie to otrzymamy coś w rodzaju chipsów mięsnych, które mimo, że są dobre słabo nadają się jako prowiant na wyprawy. Za grube kawałki ciężko się suszy i je, gdyż są za twarde i za grube. Ja staram się kroić mięso w plastry o grubości 5-10mm, średnio 7-8 i uważam, że to jest optimum, ale polecam samemu poeksperymentować.  Ważnym zagadnieniem jest także układ włókien w mięsie. Osobiście wole mięso krojone wzdłuż włókien, gdyż nie kruszy się po wyschnięciu. Mięso krojone w poprzek szybciej się suszy i łatwiej je złamać.

Mając już pokrojone kawałki możemy je przyprawić. Jako tradycjonalista do przyprawiania używam jedynie soli i/lub kapsaicyny w formie sosów typu flying goose. Jeżeli będziemy się decydować na przyprawianie warto przed suszeniem włożyć przyprawione mięso na parę godzin do lodówki, żeby mogło w pełni przesiąknąć smakiem.

Ostatnim przed konsumpcją etapem jest suszenie. Sposób suszenia zależy od warunków jakimi dysponujemy, tak więc przy słonecznej pogodzie wystarczy jeżeli wystawimy przygotowane mięso na słońce,  przy ognisku powiesimy je wystarczająco wysoko, aby temperatura nie przekroczyła 50-60 stopni. Niestety ja suszę w domu, więc używam piekarnika ustawionego na 50 stopni i termoobieg, z lekko uchyloną klapą. Można oczywiście próbować suszyć w suszarkach do grzybów i innych wynalazkach. Ważne, aby podczas suszenia kontrolować sklejanie się ze sobą mięsa i w razie potrzeby rozdzielać je. Etap przyspieszonego suszenia można zakończyć gdy na powierzchni mięsa stworzy się twarda skorupka a poszczególne kawałki już się nie sklejają ze sobą. W tym momencie  można wrzucić mięso do jakiegoś przewiewnego kosza i suszyć w ciepłym i suchym miejscu do czasu kiedy podczas zginania kawałki łamią się.  Czasowo wygląda to mniej więcej tak, że ok 6 godzin suszymy w piekarniku i ok 2 dni w koszu na słońcu czy koło kaloryfera.

Trwałość gotowego produktu bezpośrednio zależy od warunków przechowywania.  Ja jerky pakuje w papierowe worki lub zgrzewam w folii do żywności. Na co dzień trzymam je w zamrażarce, bo nie zawiera wody dzięki czemu nadaje się od razu do jedzenia. Na wyprawy wrzucam je do sakw i staram się, żeby nie zamokło.  Najstarsze jerky jakie jadłem miało ok roku i smakowało dokładnie tak samo jak 10 miesięcy wcześniej.  Niestety zamoknięte mięso może zapleśnieć i nie nadawać się już do jedzenia..

 

SMACZNEGO!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 

Tutorial I – Trwałe i estetyczne farbowanie skór

23 lut

Dziś zapraszam do przeczytania pierwszego na blogu
tutoriala ;-) Będzie on poświęcony farbowaniu skór, bo z tej czynności
mam porobione zdjęcia. Czekałem na publikację instrukcji do czasu, aż
ktoś mi pomorze zrobić odpowiednie odnośniki z boku strony. Ale olać to.
Ostatnio trochę wieje tutaj nudą i będzie tutek już teraz, może to mnie
zmobilizuje do modyfikacji menu. Planowane są też dalsze tutoriale – o
ostrzeniu, o impregnacji butów, o szyciu w skórze, o smarowaniu noży
itd…. Tymczasowo wszystkie będzie można znaleźć klikając na "tutorial"
w chmurze tagów.

Opisaną poniżej metodę stosuje zarówno do surowej skóry z której szyje,
jak i do gotowych, kupnych produktów  :) Aby uzyskać najlepszy rezultat
wskazana jest cierpliwość, gdyż przyspieszanie schnięcia farby zwykle
przynosi zgubmy efekt.


Potrzebne materiały to:
-Farba do skór (polecam toledo super, zarówno w spray’u jak i płynie)
-Rozpuszczalnik (może to być zwykły aceton techniczny, ja używam
rozpuszczalnika RENIA, dedykowanego do skór, ale zauważam dużej różnicy w
działaniu)
-Przedmiot do farbowania

Opcjonalnie:
-Rękawiczki, co by łapek nie trzeba było szorować pół dnia
-Pędzelek do drobnych poprawek (psikamy wtedy trochę farbki do zatyczki i robimy retusz)
-Jakieś konstrukcje, żeby skóra podczas schnięcia nie dotykała podłoża

Sam proces farbowania przebiega u mnie mniej więcej tak:
1.Bardzo dokładne wymieszanie farby (te 3-5 minut mocnego machania i kręcenia we wszystkie strony mu być)
2.Szmatkę która nie zostawia cicików (ja używam skrawka koszuli
bawełnianej) nasączyć acetonem, lub, co jest lepsze, rozpuszczalnikiem
"RENIA". Raczej od serca, lepiej, żeby szmatka była wręcz mokra, niż
tylko wilgotna

3.Przetarcie skóry w taki sposób, aby napiła się trochę rozpuszczalnika,
po czym szorowanie tą szmatką. Na pokazanym kawałki surowej skórki
widać to bardzo dobrze.

4.W czasie potrzebnym na odparowanie rozpuszczalnika znów mieszać
intensywnie farbę. Po odparowaniu powinno wyglądać to mniej więcej tak:


5.Nałożyć pierwszą cieniutką warstwę farby, zaczekać aż wsiąknie i
trochę przyschnie (!). Ja stosuje aerograf, ale nie zależnie czy
aerografem, spray’em, pędzlem czy watą proces wygląda tak samo.
Cieniutka warstwa i czekamy aż przyschnie. Jeżeli używamy rękawiczek
dobrze jest, żeby przykrywały także rękaw ubrania.

6. Po przeschnięciu pierwszej warstwy farby kładziemy kolejne, powinniśmy uzyskiwać podobne efekty:
Pierwsza warstwa:

Druga warstwa:

i suszenie:

Trzecia, zdecydowanie ostatnia warstwa:

Jak widać, skóra jest idealnie zafarbowana. Nic tylko czekać, aż farba
porządnie wyschnie. Ja zwykle czekam ok godziny w podwyższonej
temperaturze. Później już tylko się cieszyć z efektu ;-)

Tips&Tricks

-Jeżeli skóra nie chce się farbować rozwiązaniem może być wyszorowanie jej szczotką i szarym mydłem
-Jeżeli skóra dużo "pije" i w oczach widać, jak głęboko wchodzi farba i
kolejne warstwy też są wypite to lepiej jest kupić zwykłą bejcę do
drewna. Malować ile wlezie, skoro skóra pije to niech ma. Na wierzch
można jedynie psiknąć żeby nie brudziło (choć woskowanie zabezpiecza
przed tym wystarczająco). Bejca jest zdecydowanie tańsza od tych Toledo ;-)
-Nadmierna ilość farby skutkuje jej błyszczeniem, żeby tego się pozbyć
wystarczy leciutko przejechać watą stalową 000. Wata też doskonale
czyści metalowe elementy ubrudzone farbą.

Praktycznie wszystkie pochewki prezentowane na blogu są farbowane tą metodą, więc można zobaczyć jak dobre efekty ona daje ;-)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 
 

  • RSS