RSS
 

Notki z tagiem ‘wycieczka’

Kolejny zestaw kuchenny, tym razem w wersji mini

18 cze

Zapowiedziałem kiedyś, że pokażę mini zestaw kuchenny. Więc pokazuję ;-) Jest to zestaw który przygotowany został pod kontem wyjazdów na konferencje, seminaria czy inne tego typu imprezy, gdzie zasadniczo jest jedzenie, ale „lepiej nosić niż się prosić” Tak skompletowany pozwala nam na zrobienie sobie podstawowego pożywienia takiego jak zupki chińskie, kaszka kuskus czy kanapki z herbatą.

W skład wchodzą:

  • Scyzoryk Victorinox Picknicker – wg. mnie optymalny jako samodzielny nóż kuchenny. Ma wszystko czego potrzeba bez zbędnych pierdół
  • Duży kubek (ok. 0,5l) stalowy ze skórą zapobiegającą oparzeniom
  • Mały kubek (ok. 0,2l) ze składanym uchem
  • Składany spork (żeby nie wystał ponad krawędź kubka podczas przenoszenia)
  • Grzałka elektryczna
  • Herbata i cukry
  • Ręczniczek kuchenny
 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii Plenerowe

 

Pojedyńcze opakowania kremów, smarów, żeli..

28 maj

Często podczas krótkich wypadów nie ma do czego zabrać małych ilości kremów, smarów czy żeli. Ostatnio miałem okazje wypróbować ciekawy sposób na poradzenie sobie z tym problemem, mianowicie słomki. Proste do zrobienia, tanie i co ważne skuteczne rozwiązanie.

Potrzebne akcesoria:

  • Nożyczki
  • Kombinerki
  • Zapalniczka
  • Słomka
  • Substancja, którą chcemy zapakować

Po prostu ściskamy słomkę kombinerkami i zatapiamy końcówki,  zamykając substancję w środku. Długością i grubością słomki regulujemy ilość substancji. kiedy chcemy skorzystać z zawartości po prostu odcinamy jedno łączenie. Do bólu proste i skuteczne rozwiązanie…

Tips&Tricks:

  • Ciecze zwyczajnie wlewamy do słomki
  • Substancje średnio gęste zasysamy uprzednio zgniatając słomkę
  • W smary stałe czy żele wbijamy słomkę i dopiero potem obustronnie ją zatapiamy

 

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY, Plenerowe

 

Tool rowerowy

21 maj

Jako, że sezon rowerowy w pełni chce dziś podpowiedzieć zakup bardzo dobrego narzędzia do rowerów właśnie. Mowa o narzędziu Crankbrothers model m19. Tool jest bardzo przemyślany, zawiera podstawowe narzędzia przydatne przy drobnych naprawach. Mamy więc cały przekrój rozmiarów kluczy imbusowych, śrubokręty małe i duże, płaskie i krzyżaki oraz dwa rozmiary torx’ów przydatne do nowocześniejszych konstrukcji. Bardzo ważnym narzędziem jest też skuwacz do łańcuchów. Został on on tyle ciekawie rozwiązany, że pręt praski mocowany jest jak reszta narzędzi, natomiast kowadełko to osobny element, który można odkręcić od reszty i używać niezależnie. Rozwiązanie takie jest o tyle wygodne, że w kowadełku znajdują się klucze do szprych (4 rozmiary) oraz klucze do nakrętek 8 i 10. Narzędzie wykonane jest bardzo precyzyjnie, z dobrej jakości materiałów. Wraz z klasycznym multitoolem stanowi doskonały zamiennik dla sporego zestawu narzędzi. Cena na poziomie ok. 100zł nie odstrasza, zwłaszcza, że dostajemy dożywotnią gwarancję producenta.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Plenerowe

 

Papier toaletowy..

14 maj

Trochę z przymrużeniem, choć brak tego wynalazku cywilizacji może być bardzo nieprzyjemny… Kiedyś w sumie przez przypadek opracowałem własną technikę przenoszenia papieru, o czym dziś napiszę. W normalnych warunkach papier zwykle wisi na drążku i jest rozwijany z zewnątrz, co w terenie nie jest wygodne wprowadzam małą modyfikację. Po pierwsze nakładam na papier gumkę, wyrywam ze środka kartonową tubę i właśnie od środka rozwijam papier. Całość wkładam do woreczka strunowego, który zapewnia ochronę przed wodą. Niby nic, ale bardzo ułatwia życie ;-)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY, Plenerowe

 

Plasticzek na nurkowy

16 kwi

Dziś dla odmiany króciutka notka w której chce pokazać pochewkę z ABS’u na nurkowy nożyk.  Sam nożyk ma w sobie jakiś nieodparty urok, więc pochewka musiała tego nie zepsuć. Powstał malutki placek z założenia wiązany do ramienia rękojeścią w dół. Nożyk oczywiście wchodzi ciasno i bez luzów, jest także otwór drenażowy jak na nóż nurkowy przystało.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY, Noże

 

Szamy ciąg dalszy, SAŁO

10 kwi

Jako, że poprzedni wpis o jerky cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem pozostajemy w tematyce kulinarnej. Dziś opiszę jak robię sało, czyli marynowaną słoninę. Jest to wysoko kaloryczne i bardzo smaczne jedzenie, idealny podkład pod wódkę. Niestety na wyprawy się średnio nadaje, bo trochę waży, ale z drugiej strony jeden słoiczek nie zrobi różnicy ;-)

Sało jest zdecydowanie łatwiej zrobić, niż jerky. Wystarczy zasolić słoninę. Ale oczywiście każdy robi to inaczej, więc ja napiszę jak to wygląda u mnie.  Po pierwsze są dwie drogi: mokra i sucha. Oczywiście wybieramy tą drogę, która nam bardziej pasuje, bo efekty smakowe są bardzo zbliżone (no chyba, że wolimy sało przyprawione, wtedy zdecydowanie lepsza jest droga mokra. Na „sucho” po prostu zasypujemy słoninę (w całości lub pokrojoną) solą kuchenną i odkładamy w chłodne miejsce. Ponieważ słoniny nie da się przesolić (nadmiar soli się nie wchłonie) sypiemy ile mamy. Porcja powinna być gotowa po ok. miesiącu od zasolenia.

Droga mokra jest odrobinę bardziej skomplikowana, ale wg. mnie przynosi lepsze efekty smakowe, bo sadło można dodatkowo przyprawić. W tym przypadku robimy solankę szklanka soli na litr wody i zalewamy nią pokrojone kawałki tłuszczu i trzymamy ok. miesiąca. Po tym czasie „mocną” solankę zastępujemy słabsza (ok. 1/3 szklanki soli na litr wody) i możemy dodać przyprawy. Tradycyjną przyprawą jest czosnek, ale w sumie ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Ja osobiście bardzo lubię sało na ostro, czyli z tabasco czy papryczkami habanero albo jalapenio. Eksperymenty z miodem, curry, zielem angielskim też wychodziły bardzo dobrze.  Jak już przyprawimy szczelnie zamykamy pojemnik i odkładamy na kolejny miesiąc, żeby wszystko ładnie przeszło smakiem. Po tym okresie żarcie jest gotowe ;-)

Trwałość, podobnie jak w przypadku jerky, jest bardzo długa a dzięki temu, że poszczególne porcje są szczelnie zamknięte jedzenie to nie jest tak podatne na warunki przechowywania. Smacznego!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii DIY

 

Wyprawowa uczta – JERKY

02 kwi

Dziś coś z zupełnie innej beczki. Pokażę Wam, jak zrobić wyprawowy przysmak czyli beefjerky. Mniej obeznani mogę zapytać się co to właściwie jest, więc z autorskiego obowiązku dopowiem: beefjerky to wołowina konserwowana przez suszenie. „Danie” to było powszechnie jadane przez rodzimych mieszkańców ameryki, gdyż ten sposób konserwacji żywności był prosty, tani a do tego bardzo smaczny ;-) Oczywiście można kupić komercyjne produkty, ale mimo zapewnień na opakowaniu, że traditional i że orginal w składzie mamy między innymi azotyn sodu a wołowina pochodzi w Urugwaju. Patrząc jeszcze na cenę chyba lepiej zrobić samemu, więc do dzieła!

Potrzebować będziemy wołowinę i ostry nóż, cała reszta jest zbędnym dodatkiem ale ułatwia pracę i pozwala na dostosowanie smaku do własnych upodobań. Osobiście jerky robię z wołowych skrawków gulaszowych, które w makro można kupić za śmieszną kwotę 11zł za kilogram.  Co prawda wymagają troszkę więcej pracy niż czyste mięso, ale ja tam lubię pracę nożem.

Opakowania mięsa otwieramy, mięso wyjmujemy, porządnie myjemy w zimnej wodzi o obkrawamy tak, żeby nie było żadnych przerostów. Jest to o tyle ważne, że wszelakie przerosty zmniejszają trwałość gotowego produktu, ale o tym za chwile. Ja ze ścinek zwykle robię chili, które zawsze wychodzi rewelacyjne i jest niejako nagrodą za pracę przy jerky (oprócz samego jerky oczywiście, ale to zwykle jest gotowe dopiero po 3 dniach). Kiedy mamy już samo mięso układamy jest w jakieś foremne kształty, zwracając uwagę na ułożenie włókien. Tak przygotowane mięso wkładamy do zamrażalnika.

Zamrożenie ma dwa cele, po pierwsze kryształki lodu przebijają błony komórkowe mięsa, dzięki czemu lepiej się suszy a po drugie lekko zmrożone mięso łatwiej kroi się na równe kawałki.  Po zmrożeniu przyszłego jerky na kość wyjmujemy je z zamrażarki i wkładamy na najniższą półkę zamrażarki w celu powolnego rozmrożenia. Mięso nadaje się do krojenia kiedy z wierzchu jest już miękkie ale w środku dalej pozostaje zmrożone.

Kolejnym etapem jest krojenie. Jest to chyba najważniejszy etap, bo od niego zleży efekt końcowy. Jeżeli pokrojone kawałki będą za cienkie to otrzymamy coś w rodzaju chipsów mięsnych, które mimo, że są dobre słabo nadają się jako prowiant na wyprawy. Za grube kawałki ciężko się suszy i je, gdyż są za twarde i za grube. Ja staram się kroić mięso w plastry o grubości 5-10mm, średnio 7-8 i uważam, że to jest optimum, ale polecam samemu poeksperymentować.  Ważnym zagadnieniem jest także układ włókien w mięsie. Osobiście wole mięso krojone wzdłuż włókien, gdyż nie kruszy się po wyschnięciu. Mięso krojone w poprzek szybciej się suszy i łatwiej je złamać.

Mając już pokrojone kawałki możemy je przyprawić. Jako tradycjonalista do przyprawiania używam jedynie soli i/lub kapsaicyny w formie sosów typu flying goose. Jeżeli będziemy się decydować na przyprawianie warto przed suszeniem włożyć przyprawione mięso na parę godzin do lodówki, żeby mogło w pełni przesiąknąć smakiem.

Ostatnim przed konsumpcją etapem jest suszenie. Sposób suszenia zależy od warunków jakimi dysponujemy, tak więc przy słonecznej pogodzie wystarczy jeżeli wystawimy przygotowane mięso na słońce,  przy ognisku powiesimy je wystarczająco wysoko, aby temperatura nie przekroczyła 50-60 stopni. Niestety ja suszę w domu, więc używam piekarnika ustawionego na 50 stopni i termoobieg, z lekko uchyloną klapą. Można oczywiście próbować suszyć w suszarkach do grzybów i innych wynalazkach. Ważne, aby podczas suszenia kontrolować sklejanie się ze sobą mięsa i w razie potrzeby rozdzielać je. Etap przyspieszonego suszenia można zakończyć gdy na powierzchni mięsa stworzy się twarda skorupka a poszczególne kawałki już się nie sklejają ze sobą. W tym momencie  można wrzucić mięso do jakiegoś przewiewnego kosza i suszyć w ciepłym i suchym miejscu do czasu kiedy podczas zginania kawałki łamią się.  Czasowo wygląda to mniej więcej tak, że ok 6 godzin suszymy w piekarniku i ok 2 dni w koszu na słońcu czy koło kaloryfera.

Trwałość gotowego produktu bezpośrednio zależy od warunków przechowywania.  Ja jerky pakuje w papierowe worki lub zgrzewam w folii do żywności. Na co dzień trzymam je w zamrażarce, bo nie zawiera wody dzięki czemu nadaje się od razu do jedzenia. Na wyprawy wrzucam je do sakw i staram się, żeby nie zamokło.  Najstarsze jerky jakie jadłem miało ok roku i smakowało dokładnie tak samo jak 10 miesięcy wcześniej.  Niestety zamoknięte mięso może zapleśnieć i nie nadawać się już do jedzenia..

 

SMACZNEGO!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 

Polskie sakwy rowerowe

27 lut

Zostając już w temacie rowerów i wypraw opisze dziś moje zdanie na temat sakw rowerowych polskiej firmy Crosso. Na wstępie chciałbym przeprosić za tragiczną jakość zdjęć, ale przy zimowym świetle ciężko jest cykać bez błysku a ten znów odbija się w odblaskach. Mimo wszystko mam nadzieje,  że widać o czym piszę.

Crosso to polska firma istniejąca już dość długi czas. Jenak przełomowym dla niej okresem był rok 2007 kiedy weszły do sprzedaży zmodernizowane modele sakw. Na wyjazd do Szwecji zdecydowałem się na sakwy z serii Expert, czyli ciężką artylerie produkowaną przez firmę. Na ten sezon zestaw uzupełniłem worami wodoszczelnymi Drybag. Moja lepsza połówka zdecydowała się na zestaw sakw Classic i także uzupełniła go warkami drybag.  Oprócz różnicy w pojemności sakw z obu tych serii widać także wyraźną różnice w grubości materiału. Seria Classic jest z wyraźnie cieńszego materiału, ale dalej jest to Cordura z porządną warstwą poliuretanu. Dodając do tego klejone szwy zyskujemy całkowitą ochronę przed przemoczeniem. Kolejną różnicą jest sposób zapinania sakw. Dla Expertów zapięcie realizowane jest przez zawinięcie krawędzi torby (jak w Drybag’ach), Classic’i mają kołnierz ze ściągaczem.

System nośny tych sakw jest do bólu uproszczony: 3 haki na plecach torby – dwa do zawieszenia i jeden na gumce służący do ich skontrowania. Ale to, że system jest prosty nie oznacza, że nie jest skuteczny. Z moich doświadczeń wynika, że jest to rozwiązanie idealne. Łączy ze sobą najważniejsze cechy dobrego montażu: prostotę, łatwość obsługi i trwałość. Nie ma tu zbędnych elementów które mogą się zepsuć, a nawet jakby to co jest się zepsuło to za niewielkie pieniądze można kupić zestawy naprawcze u producenta, za co należy się wielki plus.

Zresztą pochwala dla wytwórcy należy się także za sprzedawanie gotowych rozwiązań a nie tylko poszczególnych elementów. Można więc kupić adaptety dla tych sakw do różnych rodzai bagażników, dodatkowe taśmy montażowe, a nawet same bagażniki (choć ja do stopów alu zaufania nie mam). Jako „wiśniówkę” na torcie można dodać możliwość kupienia łatek i zestawów naprawczych pozwalających na reanimację nawet mocno zmęczonych życiem sakw.

Trochę o samej ergonomii: Sakwy z założenia mają małą ilość kieszeni, ale czyni je to bardzo praktycznymi. Duża, przepastna kieszeń główna, gdzie zmieści się wszystko co na wyprawie jest potrzebne. Małe, wodoszczelne kieszenie boczne z możliwością szybkiego odpięcia i przypięcia (bardzo ciekawe rozwiązanie działające na zasadzie szlufki i pasów podtrzymujących). Klapa dająca dodatkową przestrzeń na sakwie oraz z zapinaną na zamek błyskawiczny kieszonką. Tutaj warto zwrócić uwagę na fakt, że jest to jedyne miejsce, gdzie zastosowane są zamki błyskawiczne, co jest kolejną zaleta patrząc na ich awaryjność i trudności w ewentualnej naprawie. Jakby jeszcze nam mało miejsca było to zawsze można troczyć dodatki na paskach znajdujących się po zewnętrznej stronie sakw i klap;-)

Do trwałości nie można mieć żadnych zastrzeżeń – na zdjęciach widać sakwy po 1600km pełnego obciążenia (ok. 20kg na każdą) używane bez szczególnego dbania o nie. Praktycznie brak śladów zużycia, jedynie delikatne estetykę psujące rysy na stronie montażowej.

Reasumując: Sakwy tej firmy to klasa sama w sobie i po ich zakupie nikt nie będzie zawiedziony. Dodając do tego stosunkowo niską cenę otrzymujemy mieszankę doskonałą. Polecam te sakwy każdemu zarówno tym którzy dopiero zaczynają przygodę z turystyką rowerową jak i starym wyjadaczom. Trochę szkoda, że firma nie opracowała jeszcze sakwy na kierownicę, bo to jednak bardzo wygodna sprawa, ale lepiej żeby robili porządnie to co robią, niż eksperymentowali. Na zakończenie dodam, że jest to moja osobista opinia i nie jestem sponsorowany przez tą (ani żadną inną) firmę, ba, nawet raz  zapomnieli mi w przesyłce zapakować części zamówienia i musiałem czekać na kolejną paczkę.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii DIY

 

Szwecja oczami dzikiergo rowerzysty vol.2

20 lut

Dziś kolejna dawka wspomnień ze Szwecji. Po opublikowaniu ostatniej notki czułem wielki niedosyt jeżeli chodzi o jej treść, znając życie w tej notce też nie opiszę wszystkiego, więc pewnie powstanie jeszcze jedna notka na ten temat.
Na początek trochę ogólników charakterystycznych dla Szwedów. Po pierwsze nie zauważyłem wielkiej gościnności o której wszędzie się mówi. Owszem, Szwedzi są pomocni, ale rzadko kiedy z własnej inicjatywy. Może z dwa razy się zdarzyło, że ktoś podszedł do nas i zagadał co właściwie robimy i raz facet pytał się, czy może nam jakoś pomóc (jak pękły szprychy w rowerze i szliśmy wzdłuż drogi). Oczywiście, kiedy się podeszło i poprosiło o pomoc w konkretnej sprawie to nie było problemu. Muszę nadmienić, że Szwedom bardzo łatwo jest narzucić swoje zdanie i to jak mają się zachować. Jeżeli na przykład wchodzimy do sklepu rowerowego i mówimy, że chcemy sami zmienić szprychy i wycentrować koło, po czym pchamy się na warsztat to nikt nam nie robi pretensji z tego powodu. Oczywiście musimy znać się na robocie i zostawić po sobie porządek. A propos warsztatów – nie wiem o co chodzi, ale oni są jakimiś wielkimi fanami IIWW, w 3 warsztatach leciały w radio audycje dotyczące historii tego okresu.

W tym skandynawskim kraju nie znane jest pojęcie autostopu. W pewnym momencie, z powodu kontuzji, istniało zagrożenie, że nie uda nam się dotrzeć do punktu docelowego. Próbowaliśmy złapać stopa na parkingach dla tirów, ale nic z tego. Pomijając fakt, że kierowcy ciężarówek to totalne multikulti nikt nie wiedział o co nam chodzi. Dopiero pod koniec wyjazdu mieliśmy okazję porozmawiać z Polakami mieszkającymi tam na stałe i potwierdzili że nikt w ten sposób nie podróżuje. Jazda przez Szwecję należy do bardzo przyjemnych – proste drogi o równych poboczach, przez lasy, urokliwe miasteczka i wsie. Ale trzeba się wystrzegać ważniejszych dróg (które na mapie nie koniecznie są zaznaczone wystarczająco czytelnie), gdzie na przykład mnie jakiś chu.. praktycznie zepchnął swoim TIR’em na kamienisty nasyp drogi, a nie wiele brakowało, żeby wciągnęło mnie pod tylne koła.  Szwedzi często określając dystans posługują się pojęciem mili. Należy jedynie mieć na uwadze fakt, że ichsza mila ma 10km, czego na początku nie wiedziałem przez co były małe problemy z planowaniem dnia.

Apteki w Szwecji są nieźle wyposażone, choć bez recepty dostępne są tylko podstawowe leki i materiały opatrunkowe. Pomijając już temat, że jest drogo, to i tak lepiej dobrze zapakowaną apteczkę brać z kraju. Skład apteczki postaram się podać w kolejnych notach.

Skandynawia jest bezpieczna. Bardziej bałem się dzikich zwierząt niż kradzieży roweru. A każdy kto miał przyjemność sypiać na dziko wie, że zwierząt nie można traktować jako realnego zagrożenia. Oczywiście mówię o terenach słabo zurbanizowanych, bliżej wielkich miast nie jest już aż tak bardzo wesoło, głównie z powodu ludności napływowej.  W każdym razie my trzymaliśmy na noc rowery oparte o drzewa i przykryte plandeką budowlaną. Oczywiście były spięte linką, ale to raczej miało zapobiegać ich przewracaniu

Bardzo dobrze przygotowane są informacje turystyczne. Można w nich za darmo wziąć ogólne mapy okolicy, które jednak w pełni wystarczają do dokładnego nawigowania na rowerze. Dokładne mapy (tzw. grzybiarki) kosztują ok. 100SEK i mogą być przydatne, kiedy ktoś chce dłużej zostać w jednym miejscu. Warto dodać, że mimo, iż na cenówkach funkcjonują ichsze odpowiedniki grosza to w praktyce zaokrąglane są one do pełnych koron.

Na zakończenie trochę o segregacji odpadów. Butelki PET i puszki są przyjmowane w automatach.. Wkładamy butelkę, skaner ją czyta, sprawdza czy pasuje, zgniata i wypluwa kupon na określoną kwotę. Jest to bardzo dobry sposób na podreperowanie budżetu, zwłaszcza, że jadąc na rowerze zebranie leżących przy drodze butli nie jest zbyt dużym problemem. My w ciągu ostatniego dnia zebraliśmy wystarczająco, żeby na podróż móc kupić sobie kilka czekolad i innych słodyczy. O ile dobrze pamiętam duża butla i puszki 2 SEK, mała 1 SEK.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Szwecja oczami dzikiego rowerzysty vol.1

13 lut

Dziś w końcu poopowiadam jak to w Szwecji było. Oczywiście nie będę o tym pisał jak w pamiętniku, raczej w formie porad dla wybierających się tam na podobnych zasadach jak ja. Ponieważ podczas podróży prowadziłem bardzo dokładny dziennik podróży, z łatwością mógłbym precyzyjnie opisać co i kiedy było. Tyle, że takie pisanie trochę bez sensu, więc skoncentruje się na najważniejszych aspektach wyjazdu.  W późniejszych notkach będę uzupełniał opis sprzętu, który wziąłem lub będę chciał zabrać na kolejne wyjazdy, oraz dzielił się moimi przemyśleniami na ten temat.

Sensownie będzie, jeżeli zacznę od tematu przedostania się do Szwecji. Pominę temat jazdy pociągiem przez Polskę, bo to czysta loteria na co się trafi i nie ma żadnych zasad. Zdecydowaliśmy się na prom Gdynia-Karlskrona firmy Stenaline. Ponieważ pociąg przyjechał o 5.07 a kasy były czynne od 6.30 spokojnie udało nam się zjeść śniadanie i ogarnąć się po podróży. Wymieniliśmy tam też walutę, za 1000zł dostaliśmy 2120 SK co było średnio korzystnym kursem, ale bez szczególnego zaciskania pasa starczyło nam na cały wyjazd. Rowery na promie traktowane są jak samochody, czyli wjeżdżamy wspólnie z autami. Co ciekawe na promie nie ma przewidzianych żadnych miejsc dedykowanych na rowery – po prostu przypina się gdzie jest kawałek miejsca na promowym przedziale samochodowym, co zresztą widać na zdjęciu. Podczas planowania podróży należy zwrócić uwagę na dość znaczne różnicę w cenie promu. Droższe są promy nocne i weekendowe. Taniej jest w środku tygodnia w rejsie dziennym. Sama podróż promem trochę się ciągnęła, ale dało się znaleźć miejsce na drzemkę, można było obejrzeć film przygotowany przez przewoźnika, skorzystać z komputerów podłączonych do internetu czy też pograć na xboxie. Nie ma co napalać się na sklep bezcłowy, w którym ceny są tak jak u nas, a na alkoholu nawet wyższe. Warto jeszcze zaznaczyć, że podczas płynięcia nie ma dostępu do pokładów samochodowych, więc lepiej zapakować potrzebne rzeczy do osobnej torby.

Kolejnym ważnym aspektem są noclegi. Z założenia spaliśmy na dziko. A jako,  że cały wyjazd nie był jakoś szczegółowo planowany spaliśmy gdzie popadnie.  Czasami noclegi nie były w zbyt dobrych warunkach (tuż przy drodze w krzakach, na skraju pola z żytem) ale większość miejscówek była bardzo urokliwa. Szwedzi mają przygotowane rożnego typu zaplecza rekreacyjne przy jeziorach. Jakie ławki, grill, czasami jakieś budki. Są to niby tereny prywatne, ale nigdy nikt nam nie zwrócił uwagi, gdy tam spaliśmy, a wręcz przeciwnie – po krótkiej rozmowie ludzie pytali się, czy np. nie potrzebujemy świeżej wody. Podejrzewa, że gdybyśmy pytali po drodze, to wszystkie noclegi udałoby nam się spędzić w tak urokliwych miejscach. Ogólnie Szewdów w ogóle nie dziwił rozbity gdzie popadnie namiot i nie robili z tego powodu żadnych problemów.

Jedzenie w Szwecji można kupić głównie w marketach, nie spotkałem żadnego małe sklepiku spożywczego. Ceny są średnio dwa raz większe niż w Polsce, lecz jedzenie jest naprawdę dobrej jakości. Oczywiście oferta jest inna niż w Polsce. Jest trochę potraw typowo ichszych, takich jak np. parówki grilowe, fishball’e czy pieczywo wyglądające jak placki. Charakterystyczna cechą ich jedzenia jest fakt, że jest na słodko. Chleb na słodko, śledzie na słodko, mleko na słodko. Ciekawe doświadczenie kulinarne ;)

Ostatnim aspektem jaki chce dziś opisać jest wydawanie pieniędzy. Rzeczą na którą warto wydać pieniądze są wejściówki do muzeów. Naprawdę muzea są tam na bardzo wysokim poziomie i warto wydać te kilkadziesiąt koron na oglądanie tych nietypowych i dobrze przygotowanych eksponatów. Na pewno wpływ na to ma fakt, że Szwecja nie ucierpiała podczas WWII. Bardzo dobrze zaopatrzone są sklepy techniczne. Można w nich kupić rzeczy, których ciężko szukać w kraju. Wysoka jakość za rozsądne pieniądze. Ostatnim miejsce, gdzie najchętniej wydałbym wszystkie posiadanie pieniądze po czym wynajął ciężarówkę do powrotu do kraju są Loppis, czyli pchle targi. Za śmieszne pieniądze można zaopatrzyć się we wszystko co zbywało dotychczasowym właścicielom. Raj dla szperaczy!

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 
 

  • RSS