RSS
 

Notki z tagiem ‘zima’

Szamy ciąg dalszy, SAŁO

10 kwi

Jako, że poprzedni wpis o jerky cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem pozostajemy w tematyce kulinarnej. Dziś opiszę jak robię sało, czyli marynowaną słoninę. Jest to wysoko kaloryczne i bardzo smaczne jedzenie, idealny podkład pod wódkę. Niestety na wyprawy się średnio nadaje, bo trochę waży, ale z drugiej strony jeden słoiczek nie zrobi różnicy ;-)

Sało jest zdecydowanie łatwiej zrobić, niż jerky. Wystarczy zasolić słoninę. Ale oczywiście każdy robi to inaczej, więc ja napiszę jak to wygląda u mnie.  Po pierwsze są dwie drogi: mokra i sucha. Oczywiście wybieramy tą drogę, która nam bardziej pasuje, bo efekty smakowe są bardzo zbliżone (no chyba, że wolimy sało przyprawione, wtedy zdecydowanie lepsza jest droga mokra. Na „sucho” po prostu zasypujemy słoninę (w całości lub pokrojoną) solą kuchenną i odkładamy w chłodne miejsce. Ponieważ słoniny nie da się przesolić (nadmiar soli się nie wchłonie) sypiemy ile mamy. Porcja powinna być gotowa po ok. miesiącu od zasolenia.

Droga mokra jest odrobinę bardziej skomplikowana, ale wg. mnie przynosi lepsze efekty smakowe, bo sadło można dodatkowo przyprawić. W tym przypadku robimy solankę szklanka soli na litr wody i zalewamy nią pokrojone kawałki tłuszczu i trzymamy ok. miesiąca. Po tym czasie „mocną” solankę zastępujemy słabsza (ok. 1/3 szklanki soli na litr wody) i możemy dodać przyprawy. Tradycyjną przyprawą jest czosnek, ale w sumie ogranicza nas jedynie wyobraźnia. Ja osobiście bardzo lubię sało na ostro, czyli z tabasco czy papryczkami habanero albo jalapenio. Eksperymenty z miodem, curry, zielem angielskim też wychodziły bardzo dobrze.  Jak już przyprawimy szczelnie zamykamy pojemnik i odkładamy na kolejny miesiąc, żeby wszystko ładnie przeszło smakiem. Po tym okresie żarcie jest gotowe ;-)

Trwałość, podobnie jak w przypadku jerky, jest bardzo długa a dzięki temu, że poszczególne porcje są szczelnie zamknięte jedzenie to nie jest tak podatne na warunki przechowywania. Smacznego!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii DIY

 

Dla odmiany custrombike

13 gru

Większość gratów kuchennych już opisana, więc przed podsumowaniem chwila oddechu w postaci kolejnego rowerka. Zrobiony już  dość dawno, ale jakoś nie było okazji do cyknięcia fot, ale w końcu się udało:

Rowerek robiony dla kolegi, wielkiego miłośnika holendrów i militariów. To co powstało to wypadkowa tych dwóch pasji. Ale może po kolei:
-Kierownica od DenHaag’a z lat 50tych, lutowana do mostka, bardzo wygodna i szykowna.
-Dość duża rama z górala, dzięki grubej dolnej rurze wygląda bardzo „bojowo”
-Widelec z dameczki MARS również z lat 50tych – elegancko tłumi drgania mimo, że ma dodatkowe usztywnienie w postaci bagażnika
-Bagażniki swissarmy – klasa sama w sobie, nie wyobrażam sobie co trzeba by wieść, żeby je zepsuć.
-Siodło ze składaka – wbrew odczuciom wizualnym jest bardzo wygodne i do tego odporne na warunki atmosferyczne
-Hamulce – z przodu bęben z tyłu cantilevel + kontra. Tak, są 3 hamulce z czego dwa są nie zależne od warunków pogodowych, jeden nie wymaga używania rąk (w mieście bardzo wygodne)
-Oświetlenie na dynamo* – patrząc na żywotność baterii w zimie to raczej nie ma innej opcji. Lampa przednia bardzo wysoko, żeby bagaż jej nie zasłaniał, tylna włożona w osłonę (bo się co chwile urywała)
-Piasta 3 biegowa – tak na prawdę nic więcej nie potrzeba, jedynie kwestia przyzwyczajenia, a zaleta taka, że są to konstrukcje niezniszczalne ;)

Całość pomalowana taktyczną olivką w odcieniu „Offtime”

Podsumowując: Fajny rowerek dla każdego. Nie jest to ani mistrz terenu ani mistrz miasta, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się na nim jeździć i jest miły dla oka. Dzięki bagażnikom ma bardzo duże możliwości przewozowe, jak na tak kompaktowe wymiary całości.

*bardzo polecam dynama Union – w cenie 15zł za sztukę mamy prądnicę z naprawdę wysokiej półki. Daje radę już od niskich obrotów a przy wysokich nie ma tendencji do hałasowania. Ogólnie lepiej kupić jedno takie niż męczyć się z chińszczyzną, o.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY, Plenerowe

 

Inny sposób na śliskie chodniki

11 lut

W przeciwieństwie do poprzednio opisanego rozwiązania to jest wręcz rustykalne.
Metalowe klamry z małymi kolcami zakładane tuż przed obcasem i trzymane
przez pasek który przechodzi przez podbicie buta. Nakładki kupione
daaaawno temu "u ruskich" za parę złotych. Wbrew pozorom mechanizm
sprężynek dociskający nakładkę do podeszwy nie jest taki prosty, ale nie
zmienia to faktu, że rozwiązanie to jest raczej trwałe. Jedyna wadą
jest fakt, że należy dbać o skórzane paski – w innym wypadku mogą nie
wytrzymać użytkowania. W tym celu smarujemy je raz na sezon tłuszczem
do skór i zostawiamy na noc. Rano nadmiar tłuszczu wystarczy zebrać i
już:-) Na uwagę zasługuje też stylowy pojemnik, który pierwotnie był
mydelniczką (recykling;-) )

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Ślisko na chodniuku? Mam rozwiazanie…

10 sty

W zeszłym tygodniu modnym tematem w mediach była
śliskość na drogach/chodnikach. Rozumiem, że nie jest bezpiecznie ani
przyjemnie chodzić po wyślizganym pokrytym wodą lodzie, ale to przecież
dzieje się co roku. Musimy się do tego przyzwyczaić i tyle. Na śliskim
chodzę trochę inaczej (staram się robić minimalny obrót stopy zanim
przeniosę na nią ciężar ciała – dzięki temu da się wyczuć jak ślisko
jest) ale to tylko półśrodek, bo zawsze będzie się szło mniej wygodnie
niż po suchym… Oczywiście jest ciekawe rozwiązanie tego problemu!

 
Rozwiązaniemsą gumowe nakładki na buty wyposażane w niewielkie kolce:

Nakładki wykonane są z elastycznej gumy, jak zapewnia producent odpornej
na temperatury do -40 stopni Celsiusza. Guma ta zapewnia dość dobrą
elastyczność, dzięki czemu "raki" nie spadają z buta ani nie ślizgają
się po nim. Niestety "szorstkość" tej gumy utrudnia trochę zakładanie
jej na buty, no ale coś za coś. Do zdjęcia chciałem, żeby założone to
było równiutko i ładnie, do używania nie musi tak być:)

Same kolce są dość krótkie i szczerze to boje się chodzić w nich po
asfalcie (dlatego jak zakładam ten wynalazek staram się chodzić po
nieodśnieżonej/zalodzonej części chodnika. Co wyróżnia ten produkt
wśród innych pomysłów tego typu to fakt, że kolce znajdują się także na
pięcie:

Dzięki czemu nawet biegnąc zachowujemy dobrą przyczepność. I właśnie to jest największą zaletą tego rozwiązania!

Z wad nasuwa mi się wspomniana wcześniej obawa w sprawie chodzenia po
asfalcie oraz dość wysoko zachodząca guma na piętę. Niestety ten fakt wyklucza współpracę z niskimi butami:

Kolejna wada dotyczy przenoszenia samej nakładki.
Guma z której jest wykonana jest dość sztywna i szorstka, przez co
ciężko zmieścić to do jakiegoś dopasowanego pokrowca. Osobiście będe
kombinował z troczeniem na zewnątrz plecaka, jak mi coś sensownego
wyjdzie to się pochwale:)

Cena tego modelu oscyluje w granicach 40zł i uważam, że jest
niewygórowana, zwłaszcza biorą pod uwagę perspektywy połamanych
kończyn. Nakładka występuje w dwóch rozmiarach (M i L) co przy gumie o
tej elastyczności ma drugorzędne znaczenie:)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Znowu zimowo, tym razem rękawiczki

14 gru

Używam od ładnych paru lat takich rękawic:

Polecam gorąco, gdyż nawet przy -20 jest mi w nich przyjemnie ciepło, a zarazem przy -5 nie pocę się jak wieprz na kryciu….

Do tego bardzo fajne rozwiązanie odchylanej klapki. Mi co prawda zajęło cały sezon nauczenie się jej prawidłowo używać :) Na początku zdarzały się wpadki, że całą łapę do kieszeni wpychałem, a tak się niestety nie da, bo klapka z resztą rękawiczki skutecznie opierają się o kieszeń…  Poniważ kciuk w rękawiczce nie ma już klapki, należy też nauczyć się "klikać" w telefon czy inne urządzonko innymi paluchami.  Lecz jak już się przyzyczaiłem to nie wyobrażam sobie grubych rękawiczek bez tego rozwiązania ;-)

Co do trwałości? Za tą cenę jest baaardzo zadowalająca :) Owszem, na kciuku lekko odchodzi skórzane wzmocnienie w jednej ręce, ale do całkowitego odprucia to jeszcze bardzo daleko… Jedyne co może kiedyś w nich zmienię to zastąpienie rzepu jakimiś małymi magnesikami. Jednak tkany materiał i rzep to nie jest za dobre połączenie, choć przez te 6 czy 7 lat dzielnie się trzyma…

Wiatru się nie boją, jedynie woda może być problemem (choć moje zaimpregnowałem jakiś środkiem "nanoNASApożalsięBożejakagłupianazwa technology" i od zeszłego sezonu woda ładnie spływa, choć należy pamiętać, że to dalej będzie tylko grubo tkany materiał a nie jakaś membrana. W każdym razie w jest to korzystny zakup, zwłaszcza biorąc pod uwagę argument cenowy, czyli koło 25zł ;-)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Technologia NASA, czyli ogrzewacze solankowe..

13 gru

Obiecałem, więc napiszę o nich kilka słów. Kiedy ten produkt wchodził na
polski rynek był reklamowany jako super technologia NASA, promowana głównie na serwisach aukcyjnych, gdzie nie zrobił furory…
Wynikało to z cen, często bardzo odbiegających od wartości produktu. Bo
ogólnie to nie jest nic innego jak nasycony roztwór solny zamknięty w worku. Ale o tym
później…

Aktualnie da się to kupić za śmieszne pieniądze, np. w Lidlu ok 12zł za
dwie duże sztuki, ale o dziwo nie upowszechniło się tak jak można by się
spodziewać. Być może wynika to z zasady działania, gdyż "wygrzany"
produkt tężeje przez co wygląda trochę jak uszkodzony, a jak ktoś się
nie zna to woli nie ryzykować…

Jak widać "naładowany" ogrzewacz ma w środku przeźroczysty płyn,
natomiast wykorzystany jedynie coś nieprzeźroczystego i wyglądającego
oględnie mówiąc brzydko… A właśnie cała zasada działania na tym polega,
że energia zmagazynowana w płynnej solance pod wpływem bodźca (po to ta
blaszka w środku) zaczyna tężeć, wydzielając przy tym ciepło sięgające w
przypadku ogrzewaczy z Lidla realnych 70 stopni Celsiusza. Jest to
zdecydowanie za dużo, żeby można było trzymać ogrzewacz w gołej ręce.
Dlatego polecam owijać w jakiś materiał. W zależności od warunków proces
grzania trwa od 40 minut do godziny, przy czym uciskając worek
przedłuża się go.

Aby powtórnie naładować ogrzewacz należy go wrzucić do gotującej się
wody na około 10 minut po czym studzić na powietrzu (ewentualnie razem z garnkiem nigdy nie pod zimną wodą!)

W stosunku do ogrzewaczy węglowych zaletą jest niski koszt użytkowania,
brak potrzeby kupowania dodatkowych wkładów oraz fakt, że nie wydzielają
się żadne zapachy.

Bardzo miły gadżet:)

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 

Coraz zimniej, więc trzeba się dogrzewać…

13 gru

Więc opiszę taki ciekawy pomysł na prezent. Jest to węglowy ogrzewacz do
rąk. Idealny jeżeli ktoś musi kwitnąć na przystanku czy dworu w
oczekiwaniu na komunikację miejską czy też krajową. Niestety nie jest to
bez kosztowe rozwiązywanie jak w przypadku ogrzewaczy zawierających
solankę (postaram się je opisać na dniach), ale ma pewnie nieocenione
zalety:)

Płacąc za węgle którymi to jest zasilane ok 10zł za 20 sztuk możemy się
cieszyć ciepłem do 8 godzin na jednej sztuce, więc naprawdę długo. Ale
jak nam sie zrobi jeszcze zimniej to wkład przecież można zapalić z obu
stron, a jak potrzebujemy ciepło na krócej to można go połamać i użyć
połówkę czy też ćwiartkę. Zaletą w stosunku do ogrzewaczy solankowych
jest także brak potrzeby "ładowania" jedynie bierze się nowy węgielek,
podpala i można się cieszyć przyjemnym ciepłem:)

Ogrzewacze te są zwykle obite miłą włochatą tkaniną i posiadają w
komplecie saszetkę też z niej wykonaną. Konstrukcję stanowi perforowana
blaszka aluminiowa. Wnętrze wyłożone jest niepalną watą szklaną
uformowaną w taki sposób, żeby węgielek pewnie w niej siedział.

Niestety nie tylko pozytywne cechy ma ten produkt. Oprócz wyżej
wspomnianego kosztu węgielków (a znając życie to nie koszt będzie
problemem, tylko pamiętanie, że należy je kupić ;) ) podczas spalania
jest jednak wydzielany specyficzny zapach. O ile w autobusie czy w
pociągu umknie gdzieś, to w pomieszczeniach lepiej jest jednak tego nie
używać.

 
Komentowanie nie jest możliwe

Napisane w kategorii DIY

 
 

  • RSS